Andrzej Szalawski: Oskarżenie o zdradę zniszczyło mu życie

Andrzej Szalawski w filmie "Obok" /INPLUS /East News

W trudnych okupacyjnych czasach podejmował ryzykowne decyzje. I choć ręczyli za niego najlepsi, na zawsze przylgnęło do niego haniebne miano.

Reklama

Piekielnie utalentowany, o rysach arystokraty, obdarzony głębokim głosem, Andrzej Szalawski miał wszystko, by być aktorem. I tylko czasy mu nie sprzyjały...

W 1939 r. kończył 28 lat i właśnie miał wejść do zespołu Teatru Polskiego w Warszawie. Zamiast tego we wrześniu, jako podporucznik, trafił do 26 pułku piechoty. Jego oddział skierowano do obrony Lwowa... Szalawski walczył do 22 września, a po kapitulacji miasta przez szczęśliwe zaniedbanie uniknął Katynia, nie zarejestrowawszy się jako oficer na listach prowadzonych przez bolszewików.

Na wschodzie nie obowiązywał wydany przez ZASP zakaz gry na scenach zatwierdzonych przez okupanta, Szalawski dołączył więc do tamtejszego teatru. Wkrótce jednak wrócił do Warszawy. Wiele ryzykował, pojawiając się bez ausweisu, ale na dokumenty nie mógł liczyć bez stałego zatrudnienia. Nikt jednak nie kwapił się, by dać mu pracę. Wreszcie, zalękniony, chudy i biednie ubrany, śmiertelnie bojąc się łapanki, przyjął propozycję objęcia posady polskiego lektora w nazistowskiej kronice propagandowej "Deutsche Wochenschau". Miało mu to zapewnić wymagane papiery.

Równolegle zgłosił się do konspiracji. Odtąd pod pseudonimem "Florian" działał na dwa fronty: za zgodą podziemia użyczał swego głosu Niemcom, korzystając przy tym z dostępu do ich dokumentów. Wykradł fotografie z egzekucji w Palmirach i z obozów jenieckich, informował o działaniach niemieckiej propagandy, dostarczał dowodów przeciw szpiegom i kolaborantom. Niedługo sam miał zostać uznany za jednego z nich. Przyczyniła się do tego największa namiętność w jego życiu - teatr.

Reklama

Podziemny ZASP kategorycznie zabraniał aktorom grania w zarządzanych przez Niemców teatrach, Szalawski jednak zdecydował się na występy. Leon Schiller wspominał: "Zwróciliśmy mu uwagę, że nie powinien występować. Obiecaliśmy mu niewielką pomoc - pracę w kawiarniach lub zapomogę pieniężną". Ale Szalawski nie słuchał. Czy na jego decyzji zaważyło to, iż w jednym z teatrów znajdowała się podziemna radiostacja - nie wiadomo.

Za zgodą podziemia zwolnił się z "Deutsche Wochenschau", ale ze sceny nie zrezygnował. Choć występował dla polskiej publiczności, w sztukach wystawianych również przed wojną i nie propagował nazizmu, szybko pojawił się zarzut zdrady. Zbadanie sprawy aktora podziemne państwo powierzyło Kazimierzowi Moczarskiemu, dowódcy pionu śledczego AK, a ten, po przeprowadzeniu dochodzenia, wydał wyrok: niewinny. Jednak oskarżenia nie ustawały, a trudno było przecież każdemu tłumaczyć, że Szalawski pracuje dla AK. W 1944 r. aktor otrzymał nakaz ogolenia głowy. Zrobił to, ale poczucie krzywdy miało mu już towarzyszyć do końca życia.

Po wojnie sprawa ciągnęła się dalej. Komisja weryfikacyjna ZASP-u zabroniła Szalawskiemu wykonywania zawodu przez 3 lata i skreśliła go z listy członków "na skutek zarzutów natury obywatelskiej i artystycznej". Aktor dowiedział się o tym w Zakopanem, gdzie leczył zapalenie płuc. Skierowano go do pracy w Teatrze Dolnośląskim jako szofera, inspicjenta, suflera i rekwizytora, a także intendenta w spółdzielni spożywców. Zadania te wykonywał sumiennie, choć każdym gestem zdradzał cichą rozpacz.

"Obdarty, z nieostrzyżonymi włosami, czerwonymi oczami, robił wrażenie człowieka wykończonego nerwowo, w stanie chorobliwie depresyjnym, który z maniakalnym uporem mówi ciągle, że jest ukarany, że grać mu nie wolno. Obawiam się, że po okresie pokuty nie będzie nadawał się do pracy aktorskiej, a stwierdziłam u niego wysoką kulturę i dużą inteligencję. Mam głębokie przeświadczenie, że jest to człowiek, a nie kabotyn" - pisała Wanda Telakowska, naczelniczka wydziału w Ministerstwie Kultury i Sztuki, która załatwiła skrócenie kary.

Wydawało się, że wszystko zaczyna się układać. Leon Schiller zaproponował Szalawskiemu główną rolę w "Igraszkach z diabłem". Tuż przed premierą aktora aresztowało jednak UB. Interwencję Schillera odrzucono, żaden adwokat nie chciał podjąć się sprawy, a świadków, gotowych zeznawać na korzyść oskarżonego, nie przesłuchano. Wyrok czterech lat więzienia i konfiskaty mienia za "współpracę z hitlerowcami na niwie kultury i propagandy" zaskoczył Szalawskiego, który spodziewał się dożywocia lub kary śmierci. O pracy dla AK wolał nie wspominać - komunistyczny sąd uznałby to raczej za argument obciążający. "Był w kleszczach między prawdą a niemożnością ujawnienia tej prawdy" - komentował Gustaw Holoubek.

Po wyjściu z więzienia Szalawski nadal spotykał się z niechęcią środowiska. Na szczęście, nie wszyscy go prześladowali. O jego niewinności był przekonany Kazimierz Dejmek, który dał mu angaż na swoich scenach. Jednak przełomem okazała się dopiero rola w "Krzyżakach", gdzie zagrał Juranda ze Spychowa. Ta rola zmieniła jego życie, także prywatne.

Druga żona aktora, Izabela Wilczyńska wspomina: "Znałam go z filmu 'Krzyżacy' i nigdy nie widziałam w cywilu. Zażartowałam do koleżanki, że pewnie... wygląda jak stary pierdoła. Pogroziła mi palcem, mówiąc: 'Oj, Izuniu, uważaj... On jest również samotny'".

Był 1963 r., oboje kurowali się w Szczawnicy. Któregoś dnia Szalawski przechodził obok jej stolika i przypadkiem potrącił go tak, że rozlał jej kawę i strącł na ziemię kilka monet. "Podniósł 10 groszy, więc powiedziałam: 'Tanio pana ta kawa kosztowała'" - opowiadała Wilczyńska. Z sanatorium wrócili już razem, ale ślub wzięli dopiero po czterech latach, gdy aktor otrzymał rozwód (jego pierwsze, przedwojenne małżeństwo od dawna istniało tylko na papierze).

Ona była po 40-tce, on już po 50-tce, ale wydawało się, że dopiero teraz zaczynają żyć. Aktor adoptował syna żony z pierwszego małżeństwa, Marcina Trońskiego. Przenieśli się nad morze, oboje dostali angaż do teatru Wybrzeże. Szalawskiego nareszcie zaakceptowano. Na przyjęciach w ich willi przy Mickiewicza 22 w Sopocie bywali Moczarski, Holoubek, Hanuszkiewicz. Chwalili sałatkę z surowych kalafiorów Wilczyńskiej, zachwycali się pasztetami i barszczem Szalawskiego. "Jak robił buraczki - wszystko było w buraczkach, jak pomidory to w pomidorach. Zawsze mówił: 'Czyś ty widziała mistrza kuchni, który by po sobie sprzątał? Od tego są kuchciki" - śmiała się Wilczyńska.

Po 10 latach wrócili do Warszawy, tu jednak nie przyjęto ich ciepło. Na jednym z posiedzeń SPATiF-u dwoje z obradujących zagroziło, że wycofają swe kandydatury, jeśli obok nich zasiądzie zdrajca. Szalawski kilka dni później doznał krwotoku... Nie miał już siły udowadniać, że nie jest wielbłądem. Poprosił wprawdzie Holoubka o pomoc w przywróceniu dobrego imienia, związek jednak nie chciał niczego zmieniać bez wyroku sądu, który z kolei odmówił ponownego zajęcia się sprawą.

Po przejściu na emeryturę aktor doznał wylewu, potem kolejnego. Powalił go trzeci, w 1986 r. Wilczyńska zdecydowała, że na grobie męża na Powązkach nie będzie krzyża. "Swój krzyż Andrzej nosił na barkach przez większą część życia. Nie chciałam, żeby cień krzyża padał jeszcze na jego grób" - powiedziała.

MP

Dowiedz się więcej na temat: Andrzej Szalawski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje