Reklama

Aleksandra Śląska: Gwiazda w hollywoodzkim stylu

​"Niebanalna uroda oraz niepowtarzalny kolor włosów predestynował ją do ról wyniosłych królowych oraz wszystkich okrutnych i tajemniczych uwodzicielek" - mówił o niej Andrzej Łapicki. Niezwykła elegancja, powściągliwość, dystans do świata i powaga uczyniły z Aleksandry Śląskiej gwiazdę sceny i ekranu w prawdziwie hollywoodzkim stylu. Gdyby żyła, Aleksandra Śląska świętowałaby właśnie 95. urodziny.

Aleksandra Śląska w latach 60. XX wieku za kulisami Teatru Współczesnego

Naprawdę nazywała się Ola Wąsik. Była córką posła na sejm II RP - Edmunda Wąsika. Jako dziecko chuda, rudawa i piegowata, kiedy dorosła, mężczyźni zaczęli w niej dostrzegać niepowtarzalną, zjawiskową kobietę. Przyszła gwiazda była niezwykle skryta, więc najbliższych zaskoczyła jej decyzja o zostaniu aktorką. Jednak to właśnie rodzice zarazili ją miłością do sceny.

Reklama

W 1946 roku została studentką Szkoły Dramatycznej przy Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Była jedyną Ślązaczką na uczelni i mówiono o niej "ta Śląska“. Wykładowca szkoły Wiesław Górecki uznał, że jej rodowe nazwisko - Wąsik - nie nadaje się na afisz. Tak została Aleksandrą Śląską.

Do aktorstwa podchodziła niezwykle poważnie. "Absorbuje mnie dociekanie złożoności psychologicznej każdej postaci" - mówiła w jednym z nielicznych wywiadów. -"Czy utwór klasyczny, czy współczesny, wszędzie człowiek ma prawo być skomplikowany" - tłumaczyła. -"Śląską cechował wspaniały warsztat, świadomość wyborów i doskonała powtarzalność" - stwierdziła Krystyna Janda, która przez kilka lat dzieliła z nią teatralną garderobę.

Precyzja w budowaniu postaci sprawiała, że reżyserzy filmowi także lubili z nią pracować. Obsadzano ją w rolach królowych albo... Niemek. Tak jak w "Ostatnim etapie" Wandy Jakubowskiej. Scenariusz oparty na wspomnieniach więźniarek obozu Auschwitz Birkenau spotkał się z krytyką polskich decydentów. Produkcja ruszyła dopiero po zatwierdzeniu przez samego Józefa Stalina.

"Trudno mówić o roli pierwszoplanowej, to raczej postać samodzielna dramaturgicznie" - oceniała swój filmowy debiut.

W roli kolejnej esesmanki wystąpiła w filmie Andrzeja Munka "Pasażerka". Później mówiła, że postać Lizy uwolniła aktorskie umiejętności, o które siebie nie podejrzewała. "To dla mnie odkrycie nieoczekiwane i nawet niezupełnie przyjemne" - przyznała.

Była tak autentyczna, że publiczność myliła kreację aktorską z prawdą. Gwiazda dostawała listy z wyzwiskami, plotkowano, że podczas wojny kolaborowała z wrogiem. Bardzo przeżywała te oskarżenia.

Po roli w filmie Munka nie mogła dla siebie znaleźć miejsca w kinie. Jej ostatnią wielką kreacją była rola królowej Bony w serialu Janusza Majewskiego z 1980 roku. Propozycję zagrania żony Zygmunta Starego, otrzymała mając 55 lat. "Tylko ona mogła tak realistycznie zagrać emocje dziewczyny młodszej o 30 lat - przyznał reżyser. - Jej postać zmienia się, by na oczach widzów stać się prawdziwą monarchinią". To właśnie rolą Bony Śląska zapisała się na zawsze w naszych sercach.

Dw lata później Majewski nakręcił "Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny". Kiedy dowiedziała się, że Janusz Majewski planuje realizację filmu, którego pierwszoplanową postacią będzie grana w serialu przez Annę Dymną Barbara, nie potrafiła ukryć zbulwersowania.

"Kiedy dowiedziała się moim zamiarze, po prostu wybuchła, napisała list otwarty do redakcji 'Filmu', w którym protestowała przeciwko użyciu materiałów z serialu z jej udziałem, a na mnie, rzecz jasna, się obraziła" - wspominał Majewski dodając, że wszelkie próby mediacji, włącznie z wykorzystaniem męża aktorki, Janusza Warmińskiego, spełzły na niczym. "Zacięła się w gniewie, zupełnie jak jej bohaterka" - spuentował Majewski dodając, że Śląska poczuła się urażona faktem, że to nie jej nazwisko będzie na pierwszej planszy w napisach.

Żartowałem, że dałaby się udobruchać, gdyby tytuł brzmiał 'Niekochana synowa królowej Bony', albo dać historię romansu jako rozpamiętywanie Bony na łożu śmierci" - dowcipkował reżyser "Epitafium...".

Śląska zmarła na raka 18 września 1989 roku. Na scenie pracowała niemal do samego końca, zgodnie z maksymą, którą jako wykładowczyni warszawskiej Akademii Teatralnej wygłaszała do swoich studentów: "Albo oddajesz się teatrowi całkowicie, albo jako aktor nie przekraczaj jego progu".

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Aleksandra Śląska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje