Reklama

Reklama

​19. MFF Nowe Horyzonty: Berlin, Cannes i Sundance nad Odrą

Od 25 lipca we Wrocławiu trwa 19. edycja Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Nowe Horyzonty. Organizatorzy przygotowali 223 filmy pełnometrażowe, można je zobaczyć na ponad 600 seansach. Każdy gość festiwalu, bez względu na długość swojego pobytu, staje przed dramatycznym wyborem - który film wybrać danego dnia?

Kadr ze "Złotej rękawiczki" Fatiha Akina

Organizatorzy Nowych Horyzontów nie ułatwiają tego zadania. W programie, jak zawsze, premiery z Berlina, Cannes i Sundance spotykają kino niszowe i eksperymentalne oraz retrospektywy znanych twórców. Oczywiście to te pierwsze należą do najbardziej obleganych pokazów. O zainteresowaniu gości festiwalu świadczą między innymi znikające w ciągu kilku sekund miejsca na seanse podczas porannych rezerwacji oraz ciągnące się przez całe kino Nowe Horyzonty kolejki na najbardziej wyczekiwane filmy.

Wśród nich znalazł się zdobywca tegorocznej Złotej Palmy, wchodzący na ekrany polskich kin we wrześniu "Parasite" Joon-ho Bonga. W zeszłym roku festiwal zaprezentował poprzedniego laureata tego prestiżowego wyróżnienia, "Złodziejaszków" Hirokazu Koreedy. Oba filmy łączy punkt wyjścia - opowiadają przecież o skrajnie biednych rodzinach. Koreeda w "Złodziejaszkach" spokojnie przyglądał się codzienności swoich bohaterów - niepozbawionych wad, ale niedających się nie lubić kieszonkowców.

Reklama

Bong wybiera tymczasem dziką zabawę w kino. Mnoży zwroty akcji i kolejne intrygi, a oryginalność jego formalnych i narracyjnych zabiegów zaskakuje. Dzięki nim "Parasite" jest dziełem do polecenia nie tylko festiwalowej publiczności. Jednocześnie jego film, konfrontujący ze sobą światy najbiedniejszych i najbogatszych, ma silny społeczny wydźwięk - co znów łączy go ze "Złodziejaszkami".

Podczas tegorocznych Nowych Horyzontów widzowie mogli zobaczyć także pokaźną reprezentację z festiwalu w Berlinie, między innymi nagrodzone Złotym Niedźwiedziem "Synonimy" Nadava Lapida, Grand Prix Jury "Dzięki Bogu" Françoisa Ozona oraz najbardziej kontrowersyjny film imprezy - "Złotą rękawiczkę" Fatiha Akina.

O tym ostatnim tytule po tegorocznym Berlinale krytycy pisali, że to "film, który śmierdzi". Obraz oparto na bestsellerowej biografii seryjnego mordercy z Hamburga Fritza Honki autorstwa Heinza Strunka. Akin stworzył karykaturalnie przerysowany, groteskowy świat bywalców tytułowego pubu w dzielnicy szemranych rozrywek St. Pauli, w którym przy dźwiękach niemieckiego disco z lat 70. przepijają życie ludzie o przegranych twarzach - szemrani mężczyźni o ksywkach SS Norbert i Anus, panie z najniższych sfer oraz Honka, który wśród gości knajpy wypatruje kolejnych ofiar. Kupuje prostytutkom alkohol, a następnie zaprasza je swojego mieszkania, brutalnie gwałci i morduje. Poćwiartowane zwłoki owija w prześcieradła i wrzuca do szafy razem z... choinkami zapachowymi. Nawet dla wprawionych nowohoryzontowych widzów to było za dużo, część osób w pośpiechu opuszczała salę kinową.

Najbardziej wyczekiwanym filmem pokazywanym na festiwalu w stolicy Niemiec był jednak "Obywatel Jones" Agnieszki Holland. W porównaniu do wersji prezentowanej w Berlinie, ostatnie dzieło twórczyni "Aktorów prowincjonalnych" zostało skrócone o ponad 20 minut. Niestety, po projekcji wydaje się, że twórcy mogli obciąć jeszcze większą część materiału. Chociaż temat podjęty przez film jest poruszający, z każdą jego minutą rośnie poczucie znużenia i obojętności. Nie pomagają chybione zabiegi, jak klamra w postaci George'a Orwella piszącego "Folwark zwierzęcy", oraz dwuwymiarowe postacie (przede wszystkim krystalicznie czysty Gareth Jones i diabolicznie zły Walter Diuranty).

W programie festiwalu znalazły się także pozycje z Sundance i Toronto. Widzów rozczuliła nostalgiczna podróż do czasów młodości w "Najlepszych latach", reżyserskim debiucie aktora Jonaha Hilla. Gwiazdor "Moneyball" zaprasza do połowy ostatniej dekady ubiegłego wieku i opowieści o nastolatku, który zaprzyjaźnia się z grupą starszych chłopaków jeżdżących na desce. Nie jest to kino wybitne, ale na pewno przyjemne i szczere.

Niestety, równie udanym seansem nie okazał się "Plażowy haj" Harmony'ego Korine'a. Opowieść o wiecznie pijanym i naćpanym pisarzu, w którego brawurowo wcielił się Matthew McConaughey, robi wrażenie skeczu, który bawi przez kilka minut, ale później zdaje się ciągnąć w nieskończoność. Nie pomaga świetny aktor, gwiazdorskie epizody (nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałem na ekranie Martina Lawrence'a) oraz kolejne szaleństwa, które wyprawia się na ekranie.

W ciągu kilku dni wśród prezentowanych filmów łatwo znaleźć obraz, który nas zachwyci. Dla mnie było to "Tam gdzieś musi być niebo" Elii Suleimana, laureat wyróżnienia specjalnego podczas tegorocznego festiwalu w Cannes. Palestyński reżyser zaprezentował dzieło przywodzące na myśl twórczość Jacquesa Tatiego i Roya Anderssona. Wcielający się w fikcyjną wersję samego siebie Suleiman jest świadkiem kolejnych mniej lub bardziej absurdalnych scen. Zwykle nie reaguje, czasem uniesie tylko brew. Szukając spokoju, zjedzie pół świata, wszędzie napotka jednak na te same problemy. Zawsze będzie jednak miał nadzieję, że może być lepiej. Małe wielkie kino.

Połowa 19. Nowych Horyzontów już za nami. Wśród nadchodzących atrakcji między innymi premiera wyczekiwanej "Mowy ptaków" Xawerego Żuławskiego oraz pokaz najgłośniejszego tytułu festiwalu, czyli "Pewnego razu... w Hollywood" Quentina Tarantino. Boję się na samą myśl o kolejkach, które będą towarzyszyły tym seansom.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Nowe Horyzonty

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje