Reklama

Tomasz Kammel dziesięć lat temu cudem uniknął śmierci

Popularny prezenter TVP wspomniał o spotkaniu z tajemniczym mężczyzną, który kazał mu zrobić jedną drobną, ale niezwykle ważną rzecz. Chwilę później Kammel miał poważny wypadek i ta rzecz prawdopodobnie uratowała mu życie. Internauci są zgodni w jednej kwestii – to nie był tajemniczy mężczyzna, to był anioł.

Tomasz Kammel

Tomasz Kammel opublikował na Facebooku i Instagramie post ze zdjęciem przedstawiającym kawałek zniszczonej drogi, biały skuter i jego samego, siedzącego na krawężniku.

"Dekadę wstecz jestem na parkingu galerii handlowej. Już mam odjeżdżać skuterem, który widzicie, gdy nagle podchodzi do mnie człowiek i mówi "mam do pana tylko jedną prośbę, niech Pan proszę zapina kask". Nie miałem szansy zareagować, ponieważ od razu odszedł" - napisał.

Wyjaśnił, że wówczas zwykle nie zapinał kasku. Uznawał bowiem, że to jego sprawa i w pierwszej chwili zirytował się, że "obcy człowiek mówi mu co, ma robić". Mimo to posłuchał jego "prośby". Gdy wracał do domu zrobiło się ciemno. Drogę znał, bo dwie godziny jechał nią przecież do centrum handlowego, jednak...

"Rzecz w tym, że w miejscu, gdzie jest pęknięcie ze zdjęcia (chodzi o zdjęcie z posta - red), ktoś wykopał głęboki rów o wymiarach 2 m na 2 m. Wykopał i nie oznaczył. Zobaczyłam go w ostatniej chwili. Nacisnąłem hamulce, skuter podcięło, a ja runąłem na ziemię, z impetem waląc głową o asfalt (...)" - opisał, co nastąpiło później. "Leżę na asfalcie jak ukrzyżowany. Po chwili otwieram oczy i znowu zaczynają do mnie docierać sygnały z zewnątrz. Najpierw pulsujący ból głowy, potem odgłos tyrkającego motoru. Następny krok - sprawdzam, czy mogę ruszać rękami i nogami. Stwierdzam, że tak i zaczynam się śmiać na całe gardło, zadając sobie tylko jedno pytanie: skąd wiedziałeś, że trzeba do mnie podejść i powiedzieć żebym zapiął kask?" - zakończył swoją opowieść.

Reklama

Kammel zwrócił się jeszcze do swoich fanów, czy im także zdarzyły się "takie przypadki i takie spotkania"? Ci zaś w większości odpowiedzieli mu, że przypadków nie ma, a prezenter spotkał po prostu swojego anioła stróża.

Zdaniem jednej z internautek w grę wchodzi również przeznaczenie, bo to widocznie nie był jego "czas na odejście". By to udowodnić napisała: "Kiedyś w Katowicach jedna z pań zadzwoniła do koleżanki, że właśnie uniknęła śmierci, bo omal nie wpadła pod koła autobusu, z którego wysiadła. Ucieszona, że uciekła spod kół, udała się dalej załatwiać swoje sprawy. Niestety, po półtorej godzinie zginęła potrącona przez tramwaj. To była głośna historia. Po prostu skończył się jej czas. Straszne, że każdy z nas ma swój ściśle określony termin odejścia" - podsumowała internautka.

PAP life

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Tomasz Kammel

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje