Reklama

"Ninja Warrior Polska": Emocje jak na meczu Ligi Mistrzów

Do emisji "Ninja Warrior Polska" pozostało 14 dni. Od 1 września przez 7 kolejnych tygodni widzowie Polsatu będą śledzić zmagania prawie 200 najodważniejszych Polek i Polaków. Zanim dowiemy się, czy w tym sezonie w naszym kraju pojawi się pierwszy polski wojownik ninja, przekonajmy się, jak powstaje program.

Druga edycja "Ninja Warrior Polska" zadebiutuje na antenie Polsatu już 1 września

Nie ma wątpliwości, że "Ninja Warrior Polska" to jedyne w swoim rodzaju show, w którym wziąć udział mogą jedynie wybrani. Uczestnicy często przez kilka lat przygotowują się do tego, aby zmierzyć się z najsłynniejszym na świecie torem przeszkód. Co ciekawe - nie tylko zawodnicy wyciskają na nim siódme poty...

Przy produkcji programu jest zaangażowanych przeszło 200 osób - dokładnie tyle, ile wszystkich uczestników biorących udział w jednym sezonie show. "To widowisko, które pochłania mnóstwo energii, czasu i zaangażowania. Proces produkcyjny jest niebywale skomplikowany, pracochłonny i kosztowny" - mówi producent kreatywny Telewizji Polsat, Maciej Myszka.

Reklama

Przez 10 dni ponad 50 osób z belgijskiej firmy Eccoline, posiadającej licencję na terenie Europy, buduje słynny tor przeszkód. Elementy toru przywozi 16 tirów. Na samą konstrukcję zużyto prawie 200 ton aluminium, rozwinięto około 20 km kabli. Bezpieczny upadek zapewnia zawodnikom 12 basenów. Całość oświetla 1176 lamp.

"Dodatkowym utrudnieniem było znalezienie hali o odpowiedniej wysokości, ponieważ konstrukcja finałowej przeszkody góry Midoryama mierzy aż 28 m. Między innymi dlatego ponownie spotykamy się w Gliwicach" - wyjaśnia Maciej Myszka.

"Ninja Warrior Polska" rok temu zawitał do naszego kraju i od razu stał się hitem ramówki Polsatu. Co sprawia, że show tak bardzo wyróżnia się na tle innych programów rozrywkowych?

"Niesamowite w tym formacie jest to, że kiedy wydaje się, że nic już nie zaskoczy, na torze dzieją się takie rzeczy, że łapiesz się za głowę i przecierasz oczy ze zdumienia. Tego nikt by nie wyreżyserował. Niektóre 'przejścia' zawodników i zawodniczek były tak bardzo emocjonujące, że wszyscy w wozie transmisyjnym aż podskakiwali ze swoich krzeseł. Uważam, że poziom napięcia na trybunach jest porównywalny z meczem Ligi Mistrzów" - uważa Myszka.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Ninja Warrior Polska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje