Reklama

Nie miałem siły i ochoty, ale...

Prezenter "Panoramy", mistrz mowy polskiej, pojawia się teraz na wizji dwa razy w tygodniu, ale nadal jest ulubieńcem telewidzów. W wolnym czasie Andrzej Turski najchętniej łowi ryby i spędza czas w towarzystwie ukochanego wnuka Rysia.

Pracuje pan już 45 lat. Nie ma pan czasem dość?

Reklama

- Bywają takie chwile. Swoją przygodę zawodową rozpocząłem 1 lipca 1968 roku. To całkiem długi czas. Niedawno zmieniło się kierownictwo programów informacyjnych i zabawne było to, że już pierwszego dnia chcieli ze mną rozmawiać. Padła propozycja wznowienia programu "7 dni - świat", zdjętego przez Wildsteina po 18 latach nadawania.

Fantastyczne! Co pan na to?

- Powiem szczerze, że nie miałem specjalnej ochoty. Nie w tym rzecz, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, ale dwa dni intensywnej pracy, jaką mam teraz, czyli wydania weekendowe "Panoramy", w zupełności mi wystarczają. Dorabiam sobie do emerytury za dość uczciwe pieniądze. Nie miałem siły i ochoty, ale...

Złamał się pan?

- Złamałem się! Przekonała mnie moja córka, która powiedziała: - Tato, wejdź w to, przyjdzie jesień i zima, co ty będziesz robił w domu?

Dla telewidzów to wspaniała wiadomość!

- Nie ukrywam, że trochę się obawiam. To niezwykle czasochłonne zajęcie. Trzeba wybrać 24 filmy z rozmaitych wydarzeń, a przy tym nie powielać materiałów z głównych programów informacyjnych. Wymaga to pewnego wysiłku. Potem trzeba napisać komentarz do tych filmów, zdecydować się na dwa przewodnie tematy rozmowy, zastanowić się, kogo zaprosić i "pojechać z tym wszystkim na żywca". Trzeba na to poświęcić minimum dwie godziny dziennie. Przez tę moją niechęć przemawiało głównie lenistwo (śmiech), bo w końcu mam czas i mogę się tym zająć.

Czy w dalszym ciągu maniakalnie wręcz lubi pan wędkować?

- Wiosną, latem i jesienią można mnie spotkać na łowiskach. Łowię i wypuszczam, i odpoczywam przy tym. Czasem zdarza się, że znajomi proszę mnie o dorodnego szczupaka, ale robię to z dużą niechęcią.

Kiedy zaczęła się pana przygoda z wędkowaniem?

- To było krótko przed naszym ślubem z moją, nieodżałowanej pamięci, Zosią. Pod choinkę dostałem od niej podstawowy sprzęt wędkarski. Tydzień później, w Sylwestra 1970 roku, wzięliśmy ślub. Powiedziałem wtedy: - Oj Zosiu! W takim razie w podróż poślubną pojedziemy do Łagowa na ryby. Tak też zrobiliśmy. W końcu Zosia kupiła mi spinning! Nie od razu opanowałem rzucanie tym sprzętem, ona była znacznie zdolniejsza i opanowała to błyskawicznie.

Czy ma pan z kim teraz dzielić się tą pasją?

- Mam 4,5-letniego wnuka Rysia i już dwa razy zabrałem go na ryby. Co prawda, jeszcze nie potrafi dobrze machać spinningiem, ale daliśmy radę.

Zmieniło się pana życie odkąd został pan dziadkiem?

- Przynajmniej raz w tygodniu odwiedzam wnuka i kupuję mu jajko z niespodzianką albo kolejną zabawkę. Na ogół moja rola polega na tym, że odbieram Rysia z przedszkola. Świecą mu się wtedy oczy, bo strasznie lubi moje terenowe auto, które nazywa bryką.

Rozmawiała Ola Siudowska

Tele Tydzień

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Andrzej Turski | TVP | dziennikarze | Panorama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje