Reklama

Marcin Prokop wspomina swoje ekstremalne przygody kulinarne

​Marcin Prokop opublikował na Instagramie wspomnienie ze swojej pierwszej wyprawy do Korei Południowej sprzed dwudziestu lat. Miał wtedy poważne problemy z dogadaniem się z obsługą hotelu, w którym mieszkał. Te trudności w komunikacji okazały się szczególnie uciążliwe podczas zamawiania posiłków w restauracji. Z tego powodu jeden z obiadów mógł się dla Prokopa bardzo źle skończyć.

Marcin Prokop uwielbia podróże

Prowadzący "Dzień dobry TVN" nie raz mówił w wywiadach, że jedną z jego największych pasji obok muzyki są podróże. Zwiedził już wiele zakątków świata, a jego kolejne wyprawy do Stanów Zjednoczonych widzowie mogli śledzić w trzech sezonach programu "Niezwykłe Stany Prokopa". Dziennikarz ma na swoim koncie także dwa dokumenty nakręcone w Korei Południowej. To "Obsesja doskonałości", w którym odkrywał różnice kulturowe w podejściu do ciała oraz urody u Azjatów i Europejczyków, a także "Klonowanie - sposób na nieśmiertelność".

Nie była to jego jedyna podróż do Korei Południowej. Ostatnio dziennikarz opublikował na instagramie wspomnienie sprzed dwudziestu lat, kiedy to po raz pierwszy odwiedził ten kraj. Turystyka nie była tam tak rozpowszechniona jak obecnie, a więc i znajomość angielskiego u Koreańczyków także znacznie mniejsza. Przysporzyło to Prokopowi wielu problemów. "(...) Zupełnie inny świat. Szok na każdym kroku. Mieszkałem w hotelu, gdzie menu room service dostępne było tylko po koreańsku. Obsługa również nie mówiła w żadnym innym języku. W dodatku uciekali na mój widok w obawie przed konfrontacją z obcym, białym olbrzymem" - napisał dziennikarz.

Reklama

Bariera językowa okazała się szczególnie uciążliwa w chwili, gdy wygłodzony Prokop postanowił zjeść posiłek. Zamówienie jedzenia w tej sytuacji okazało się prawdziwym wyczynem. "Aby uniknąć śmierci głodowej z powodu niemożności dogadania się, w desperacji postanowiłem zamówić z karty... wszystko. 'All menu' - to zrozumieli. Genialny plan poskutkował trzema kuchennymi wózkami wtoczonymi do pokoju, na których piętrzyły się dania w ilości zdolnej wykarmić pułk wojska na gastrofazie. Potrawy nie wyglądały jak cokolwiek, co znałem, więc cierpliwie kosztowałem każdej z nich, błądząc w labiryncie smaków. Chwilami miałem poczucie, że skądś je znam, z czymś mi się kojarzą, a momentami stawałem się wobec nich zupełnie bezradny, nie mogąc nawet odgadnąć, czy konsumuję mięso, warzywa czy kawałek materaca. Mimo że zmagałem się z ilością zamówionego pokarmu przez dwa dni, wzbudzając u pokojówek podziw zmieszany z przerażeniem, do dziś nie jestem pewien, co dokładnie wtedy zjadłem" - zdradził dziennikarz.

Prowadzący "Dzień Dobry TVN" nie zraził się przez tę przygodę ani do Korei, ani do poznawania nowych rejonów świata. Niedawno zdradził, że planuje kontynuację swoich podróży z kamerą, tym razem po Europie i jej niedocenianych zakątkach. W jednym z wywiadów dla TVN wspomniał o chęci odwiedzenia Półwyspu Bałkańskiego, m.in. Rumunii, Bułgarii i Macedonii.

PAP life

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Marcin Prokop

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje