Reklama

Reklama

Joanna Kurowska: Wyrafinowana hedonistka

Zawsze profesjonalna, wiecznie uśmiechnięta. Cały czas chce od życia więcej i więcej. Po prostu potrzebuje głębszych doznań.

W jej życiu zapanowała harmonia. I to widać. Joanna Kurowska (49 l.) promienieje. Po prostu zaraża optymizmem. Potrafi żartować ze wszystkiego, a z siebie przede wszystkim. Jest szczęśliwą i dumną matką, żoną i aktorką. A w prezencie dla siebie... medytuje! Daje jej to możliwość oderwania się od szalonego tempa życia...

Jakiś czas temu powiedziała pani: "...posiadłam rzadką umiejętność pięknego przeżywania życia...". Dalej to pani potrafi?

Joanna Kurowska: - Staram się, ale jest to niezwykle trudna umiejętność. A to normalne, że momentami zdarzają mi się chwile wątpliwości. Gdyby jednak ich nie było, człowiek przestałby być wiarygodny. Dlatego czasami po prostu nie zgadzają mi się z rzeczywistością te moje piękne, idealistyczne myśli. Ale one świadczą tylko o tym, że jestem człowiekiem z krwi i kości, który również może się mylić.

Reklama

Aktualnie co jest dla pani najważniejsze?

- Od jakiegoś czasu zdecydowanie jest to święty spokój.

A jeżeli zapytam o rzecz najmniej istotną?

- To z łatwością odpowiem, że jest to powierzchowność. Mam tu na myśli powierzchowne spotkania, role, rozmowy. Jestem już na takim etapie życia, że płytkie sprawy zaczynają mnie najzwyczajniej w świecie nużyć. Oczekuję od życia czegoś więcej. Chcę poważniejszej rozmowy i refleksji, a także bardziej ambitnych ról. Po prostu potrzebuję głębszych doznań.

Jest pani hedonistką?

- Oczywiście, że jestem. Ale coraz bardziej chciałabym stać się... wyrafinowaną hedonistką!

To znaczy?

- Dajmy na to, że zaspałam do pracy, ponieważ siedziałam do trzeciej nad ranem. Powodem tego niech będzie zatem bardzo dobry film, a nie jakaś kiepska produkcja. To samo tyczyć się będzie książek. Natomiast jeżeli utyję, to chciałabym wiedzieć od czego. I żeby nie były to np. kluchy ze skwarkami, ale wyborne foie gras, czy tiramisu.

W takim razie co ostatnio zrobiła pani dla siebie, tak tylko dla przyjemności?

- Medytuję. To mnie bardzo uspokaja. Jest to taka chwila oderwania się od tego szalonego tempa życia. Możliwość wejścia w głąb swojej duszy, wsłuchania się w siebie i swoją intuicję. Jedni nazywają to intuicją, a inni - głosem Boga. To jest wyższy stopień pięknego przeżywania życia. Staram się wtedy wszystkie swoje sprawy zostawić za sobą. Wyłączam się. A wytrzymanie "krzyku ciszy" jest najcenniejszą umiejętnością.

Zmienimy trochę temat. Chciałabym poznać spojrzenie Joanny Kurowskiej na dom. Jakaś definicja?

- Tam dom, gdzie serce Twoje - jak mawiali templariusze. Zatem mój dom jest tam, gdzie jestem ja. To ja go tworzę i to ja mam tę energię, która wypełnia całą jego przestrzeń. A moje przyjaciółki mówią mi, że posiadłam rzadką umiejętność dawania duszy miejscom. Nawet w moim pokoju w akademiku, który był zresztą bardzo biedny, wszyscy znajomi czuli się jak w domu.

I tak jest podobno do dziś? Z tego co słyszałam spotkania u Kurowskiej nigdy szybko się nie kończą...

- Tak już jest. Spotkania z przyjaciółmi trwają do białego rana. A to wszystko dlatego, że mam coś z prawdziwego Polaka. Jak napiję się wina, to nie wypuszczam od siebie gości. Po prostu trzymam ich za kurtki. Zapominam, że na drugi dzień wszyscy będziemy musieli za to słono zapłacić. Ale czy nie dla takich chwil się żyje?

Teraz z chęcią poznam pani definicję małżeństwa.

- Nie chciałabym wymądrzać się w tej materii. Na każdym etapie małżeństwa są bowiem różnego rodzaju przemyślenia.

Jaki jest aktualnie etap?

- Taki, że małżeństwo jest to umiejętność schodzenia sobie z drogi. A co za tym idzie jest sztuką osiągania ogromnych kompromisów. Koniec i kropka.

Jeżeli naprawdę tak by było, to po co ludzie by się pobierali?

- Jak by nie było jest to przecież jakaś wyższa forma związku i uczciwości. Niestety, w dzisiejszych czasach młodzi ludzie pobierają się coraz rzadziej. Nie zawierają małżeństw, gdyż jest im tak wygodnie, a co najważniejsze - w każdej chwili mogą się rozejść. Tylko po co w takim razie być ze sobą, skoro automatycznie zakłada się ulotność związku? Tego chyba nigdy nie zrozumiem.

A nie przerażała panią taka myśl, że spędzi pani resztę swojego życia z tym jednym mężczyzną?

- Umówmy się, żadna z nas nie miała tylko jednego mężczyzny. I powiem pani szczerze, że ja zawsze chciałam być żoną. W tej chwili jestem już za stara na bycie czyjąś dziewczyną, przyjaciółką czy też towarzyszką życia. I dodam więcej: jeżeli już na początku związku nie zakładamy idealistycznej wersji, że chcemy się z tą osobą zestarzeć i być z nią na zawsze, to moim zdaniem lepiej w ogóle nie brać się za to. Musimy przecież wierzyć, że to właśnie jest ta jedyna osoba. Oczywiście, czasami próby trwają całe nasze życie. A ktoś może próbować nawet 17 razy...

... a i tak na samym początku potrzebna jest ta wiara...

- Dokładnie! I to jest piękne. A Pan Bóg wybaczy czyny sercowe i lody poda malinowe.

Pani Joanno, jest też pani matką. Wychowuje pani swoją córkę na dowcipie?

- Czy ja wiem? Najważniejsze jest to, że nie mówiłam dziecku idealistycznych pierdół.

Co konkretnie ma pani na myśli?

- Nie wolno powtarzać dzieciom, że powinny być zawsze dobre i dla wszystkich miłe. Później dorastają przez to w poczuciu winy. Życie jest przecież tylko życiem i wydaje mi się, że nasze dzieci powinny być do niego realistycznie nastawione.

A co się pani szczególnie udało, jeżeli chodzi o wychowanie córki? Z czego jest pani dumna?

- Nie mam spektakularnych sukcesów, jeżeli chodzi o wychowanie Zosi. Moje dziecko nie jest jakimś wybitnym geniuszem. A może tylko na razie nie rozpoznałam u niej takich symptomów. Wydaje mi się jednak, że najważniejszą rzeczą, jaką udało mi się uzyskać, jest umocnienie w niej poczucia własnej wartości. Moja córka zadzwoniła ostatnio do mnie ze stoku narciarskiego i powiedziała: - Mamo! Wiesz, która byłam? Ostatnia. I... zaczęła się śmiać wniebogłosy. Ona nie ma problemów, gdy nie odnosi zwycięstwa. I to chyba mój największy sukces.

Zosia rośnie, będzie z nią pani walczyć o mocne kreski na powiekach?

- Na szczęście na razie się nie maluje. Używa tylko błyszczyka do ust. Zosia jest rozsądną dziewczynką. Wie pani co my, jako rodzice, możemy dać swoim dzieciom? Miłość. Mądrą miłość. A kiedy nasze dzieci będą mieć wypełnione te pojemniki miłości, to nic im więcej do szczęścia nie będzie potrzebne.

Alicja Dopierała

Najlepsze programy, najatrakcyjniejsze gwiazdy - arkana telewizji w jednym miejscu!

Nie przegap swoich ulubionych filmów i seriali! Kliknij i sprawdź nasz nowy program telewizyjny!

Na co do kina?

Świat & Ludzie
Dowiedz się więcej na temat: Joanna Kurowska | życia

Reklama

Reklama

Reklama