Odcinek wieńczący siódmy sezon ogromnie popularnego serialu fantasy zebrał przed ekranami telewizorów i komputerów około 16,5 miliona widzów. Choć konkurencja nie próżnowała - w niedzielny wieczór odbyła się m.in. gala wręczenia nagród MTV, na której zjawiły się największe gwiazdy współczesnej muzyki - "Gra o tron" okazała się bezkonkurencyjna. Mimo powtarzających się ostatnimi czasy ataków hakerów i wycieków materiałów, serial uzyskał największą widownię w swojej historii.
Telewizyjna produkcja HBO, zrealizowana na podstawie prozy autorstwa George’a R.R. Martina, z ostatnim, ósmym sezonem powróci w 2018 roku.
Przy okazji pikantne sceny z właśnie wyemitowanego finału sezonu skomentował Kit Harington.
W ostatnim odcinku siódmego sezonu dowiedzieliśmy się, że postać grana przez Haringtona - Jon Snow - tak naprawdę nazywa się Aegon Targaryen. Jest on więc bratankiem Daenerys Targaryen, w którą wciela się Emilia Clarke. Nie przeszkodziło to oczywiście, by w końcowym odcinku para dostała do zagrania namiętne sceny.
Harington przyznał w wywiadzie, że razem z Clarke czuli się w zaistniałej sytuacji co najmniej niezręcznie.
"Zwykle jest tak, że przychodzisz na plan i dopiero wtedy poznajesz się z aktorką, z którą masz grać. Możecie więc zbudować od zera jakąś chemię między sobą. Ale jeśli kogoś znasz przez siedem lat i dzielisz z tą osobą tę niesamowitą, wspólną podróż... Oboje zaczęliśmy przez to panikować" - wyznał.
"Pytałem 'Jak powinno wyglądać seksualne napięcie w tej scenie?', a ona na to: 'Przestań gadać o seksualnym napięciu!'" - zdradził aktor.
"Mówiłam 'Możesz przestać? Pokaż mi jakieś seksowne oczka, a nie mów tyle o tej całej seksualnej chemii'" - dodała rozbawiona Clarke.









