Reklama

Reklama

Elżbieta Zającówna: Gdzie była w dniu ataku na WTC?

Zawsze była życiową optymistką. I tak jej zostało. Bo pozytywne myślenie pomaga żyć.

Kiedy idzie ulicą, mężczyźni oglądają się za nią tak samo jak w czasach, gdy grała Natalię w filmie "Vabank" Juliusza Machulskigo. Dzisiaj Elżbieta Zającówna (54 l.), choć nie pojawia się na pierwszych stronach gazet i właściwe nie pokazuje się na szklanym ekranie, wciąż prowadzi zwariowane życie i dom, w którym dużo się dzieje.

To zupełnie inaczej niż było w jej rodzinnym domu w Krakowie. Tam był spokój, odpowiednia organizacja, obiad zawsze o określonej porze. Ale, choć w jej warszawskim domu nie zawsze obiad jest na czas, nie chciałaby niczego w życiu zmieniać ani poprawiać, bo... jest szczęśliwa.

Reklama

Po całym dniu bieganiny lubi usiąść z mężem Krzysztofem Jaroszyńskim i córką Gabrysią. Zawsze mają o czym rozmawiać. Z mężem od samego początku, od chwili kiedy się spotkali, czuli, że są sobie przeznaczeni. - Przyciągnął nas do siebie optymizm - wspomina. Bo - jak sama mówi - ich związek jest bardziej pogodny niż zgodny. Ale wie, że każda para musi wypracować swoje szczęście. Oni już to zrobili.

Mąż aktorki wspomina, że poznali się w kinie. On siedział wtedy na widowni i podziwiał tę zjawiskową kobietę na... ekranie. Był oczarowany, zrobiła na nim piorunujące wrażenie. A wkrótce ich drogi się spotkały. Pan Krzysztof pojawił się w teatrze Syrena, gdzie dla jednego z reżyserów miał pisać sztukę. Reżyser przedstawił mu aktorkę, która miała zagrać główną rolę. To była właśnie pani Elżbieta. Jednak pan Krzysztof zdecydowanie odmówił obsadzenia jej w tej sztuce, uznając, że jest za młoda. Z kolei młodej aktorce nie spodobało się to i dlatego nie miał u niej żadnych szans. Ale on się łatwo nie poddaje. Regularnie odwiedzał ją w garderobie, przynosił róże, zapraszał do restauracji. Bardzo się starał, ale... musiał swoje wychodzić.

Wkrótce na świecie pojawiła się córka Gabrysia i to ona stała się dla aktorki najważniejsza. Natychmiast zwolniła tempo i z radością zajęła się objaśnianiem córce świata. Kiedy wychodziła do pracy, miała wyrzuty sumienia. Najlepiej było jej z córeczką w ich domu na Żoliborzu. Dbanie o ognisko domowe i rodzinę dawało jej więcej szczęścia niż praca. Mimo że wcześniej pracowała bardzo dużo.

Debiutowała w filmie "Vabank" jeszcze jako studentka krakowskiej szkoły aktorskiej. - Jako bardzo młoda, niedoświadczona osoba, byłam zachwycona tym, że mogę pracować z tak fantastycznymi artystami - wspomina aktorka.

Później był serial "Matki, żony i kochanki", a także występy z orkiestrą Zbigniewa Górnego. Pani Elżbieta, m.in. z Beatą Rybotycką, Jackiem Wójcickim, Zbigniewem Wodeckim i Majką Jeżowską, dużo jeździła po Polsce i świecie z widowiskami muzycznymi. - Z tą niezwykle zgraną ekipą przeżyłam jeden z najtragiczniejszych dni - 11 września 2001 roku, czyli ataki na World Trade Center. Tego samego poranka lecieliśmy wszyscy z Chicago na Florydę. W pewnym momencie załoga poinformowała nas o awaryjnym lądowaniu. Rozbawieni i tryskający energią wysiedliśmy z samolotu. Kilka minut później z niedowierzaniem patrzyliśmy na telewizyjną relację z Nowego Jorku. W atmosferze niepewności i ogólnoświatowej paniki czekaliśmy tydzień na możliwość powrotu do Polski - wspomina.

Dzisiaj jest prezesem firmy producenckiej "Gabi". Jest też wiceprezesem Fundacji Polsat, która ratuje życie najmłodszym. - Do tej pory zawsze robiłam coś dla kogoś - dziecka, męża. Pora, by zająć się sobą. Muszę nauczyć się myśleć, że to ja jestem najważniejsza - wyznaje.

KP

Świat & Ludzie
Dowiedz się więcej na temat: pozytywne | Elżbieta Zającówna

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy