Reklama

"Daleko od szosy": Mezalians rodem z PRL-u

Widzieliśmy to już sto razy. Ale w "Daleko od szosy" zawsze można odkryć coś nowego. Jeszcze raz wysłuchać powiedzonek, podpatrzeć modę z tamtych lat. I podziwiać determinację głównego bohatera.

Irena Szewczyk i Krzysztof Stroiński w serialu "Daleko od szosy" (1976)

Pierwszy z siedmiu odcinków "Daleko od szosy" [emitowany obecnie w TVP Seriale - red.] telewizja wyemitowała 11 grudnia 1976 roku. Reżyserem był Zbigniew Chmielewski, a charakterystyczną muzykę skomponował Piotr Marczewski.

Reklama

"On musi się wspinać na palce po to, co u nas leży na podłodze" - tak kiedyś powiedziała Ania (Irena Szewczyk) o Leszku (Krzysztof Stroiński), czym zresztą bardzo zaimponowała swojemu ojcu (Jan Machulski). I to była doskonała metafora życia chłopaka ze wsi. Wszystkich ludzi pochodzących ze wsi i chcących się z niej wyrwać.

To opowieść z pierwszej połowy lat siedemdziesiątych, ale świetnie obrazuje swojską przaśność całej peerelowskiej rzeczywistości.

Pod górkę

Gloryfikowana dziś we wspomnieniach ówczesna mała stabilizacja naprawdę potrafiła być pasmem upokarzających zabiegów i starań o podstawowe dla funkcjonowania dobra. Każdy człowiek przypisany był do miejsca zameldowania niemalże jak chłop pańszczyźniany do ziemi.

Gdy Leszek zapragnął zamieszkać w Łodzi, bliżej ukochanej, znalazł zatrudnienie w tamtejszych zakładach komunikacyjnych. Nie mógł jednak sfinalizować sprawy bez zameldowania. A, co może pamiętają telewidzowie czterdzieści plus, zameldowanie w dużym mieście jak Warszawa, Łódź czy Kraków, było marzeniem ściętej głowy. Podobnie jak znalezienie mieszkania do wynajęcia nie za grube pliki dolarów. Wszystko to zmuszało "obywatela" do bezustannego kombinowania. A gdy już prawie wszystko się udawało, zderzał się on ze ścianą w "zakładzie pracy". Leszek, gdy usiłował uczciwie wykonywać swoje obowiązki, zyskał niechęć kolegów. Bo zgłaszał usterki autobusów, przez co oni nie mogli "wyrabiać nadgodzin".

Z zeszytów szkolnych

Scenariusz serialu, będącego historią Leszka Góreckiego, którego od dziecka fascynowały silniki, a nie praca na roli, nie narodził się jedynie w głowie scenarzysty Henryka Czarneckiego. Pracując jako nauczyciel polskiego w technikum samochodowym dla dorosłych, zlecił on uczniom napisanie wypracowania na temat "Moja droga do szkoły". I właśnie jedna z tych prac stała się inspiracją dla serialu.

Czyli chłopak, którego ze wsi wyrwały marzenia, istniał naprawdę. Zresztą takich Leszków, dla których samo przeprowadzenie się do miasta stało się "awansem społecznym", były w kraju legiony. Ilu się udało? Bohaterowi "Daleko od szosy" pomogło uczucie do dziewczyny z lepszego świata.

To właśnie miłość

Gdy się spotkali, on był po siedmioklasowej podstawówce [od r. 1948 do 1966 szkoła podstawowa była 7-letnia, tworząc z 4-letnim liceum ogólnokształcącym 11-letni cykl, w którym kolejne klasy stanowiły ciąg - od klasy pierwszej do jedenastej]. Ania, którą poznał, gdy przyjechała spędzić wakacje w jego wsi, była po maturze i miała właśnie rozpocząć studia na wydziale biologii.

Ze strony chłopaka było to klasyczne zauroczenie od pierwszego wejrzenia. W kąt poszła młodzieńcza fascynacja "najpiękniejszą z całej wsi" Bronką (Sławomira Łozińska). Leszek wszelkimi sposobami pragnął zainteresować sobą miastową pannę, a potem... został powołany do wojska. Każdy wie, że dla młodego mężczyzny były to dwa lata wyjęte z życiorysu, choć są i tacy, którzy twierdzą, że taka szkoła życia przydałaby się każdemu. Gdy Leszek wyszedł do cywila, musiał zacząć gonić ukochaną, żeby mu nie uciekła.

Role życia

Znakomity aktor Krzysztof Stroiński chyba już zawsze będzie kojarzony głównie ze swoją pierwszą wielką rolą, choć później zagrał wiele innych, telewizyjnych i teatralnych. Młodsi widzowie mogą go już pamiętać jako Metyla z "PitBulla". Ale to powiedzonka Leszka weszły na stałe do języka. "Sie panie częstują", "Na żądanie raz można" czy "Nie mówi się ino, ino tylko" są niezatapialne.

Podobny los spotkał Sławomirę Łozińską, która zagrała śliczną Bronkę, zapamiętaną najlepiej w scenie, w której jakże malowniczo wypluwała pestki czereśni. Aktorkę na dobre odczarowały dopiero seriale "W labiryncie" i dzisiejsze "Barwy szczęścia". Dla Ireny Szewczyk, która wcieliła się w miłość Leszka, Anię, rola w "Daleko od szosy" była jedyną znaną kreacją. Całą trójkę za te role nagrodzono.

Katarzyna Sobkowicz

Kurier TV

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Daleko od szosy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje