Reklama

Co w telewizji robi córka Andrzeja Turskiego?

Do dzisiaj pamięta swój telewizyjny pierwszy raz: - Miałam zieloną sukienkę i trampki w palmy - wspomina Urszula Chincz. Zaczynała od kącika dla mam "Ula Pedantula". Dzisiaj prowadzi "Pytanie na śniadanie".

Urszula Chincz jest córką znanego dziennikarza Andrzeja Turskiego i mamą 5-letniego Rysia.

Reklama

Rok temu debiutowała pani w magazynie "Pytanie na śniadanie". Co z zawodowego punktu widzenia dał pani ten czas?

- To dla mnie nowe otwarcie i zupełnie nowe doświadczenie. Wiele się przez ten rok nauczyłam. Poznałam ciekawych ludzi - zarówno tych, którzy pracują przy produkcji programu, jak i naszych gości. Zobaczyłam także zupełnie inny świat niż ten, w którym funkcjonowałam do tej pory. Ale też przez 18 lat pracy zawodowej zajmowałam się zupełnie czymś innym i dzięki temu patrzę na świat mediów z dość dużym dystansem.

Skąd zatem u pani zainteresowanie telewizją?

- Lubię zmiany, a zawód zmieniałam już kilka razy. Kiedy coś przestaje mnie cieszyć i przynosić emocje - szukam nowych wyzwań. Telewizja pojawiła się przypadkiem. Może to zrządzenie losu? Bywałam w "Pytaniu" jako młoda mama, wypowiadając się na tematy związane z dziećmi. Następnie przyszła propozycja współpracy przy cyklu "Ula Pedantula", a później zaproszenie na casting na prowadzącą program. I tak się to potoczyło. Gdyby ktoś półtora roku temu powiedział mi, że będę pracować w telewizji, pewnie nieźle bym się uśmiała! Z drugiej strony... skończyłam dziennikarstwo, więc może trzeba było się z tym liczyć?

Dobrze wspomina pani swoje pierwsze wejście?

- Towarzyszyły mi takie emocje, że niewiele pamiętam. Stres był ogromny! Pierwsze wejście na żywo, od razu w prawie trzygodzinnym programie, bez wcześniejszych prób, to było sporo, nawet jak na debiut w telewizji. Mniej bałam się rozmów, bardziej całej otoczki - zamiany miejsc w studiu, zapowiedzi. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z tyloma elementami "do ogarnięcia" jednocześnie. Pamiętam za to, że miałam zieloną sukienkę i trampki w palmy!

Rozpoznawalność pani nie przeszkadza?

- Ze strony osób, które mnie rozpoznają, spotykają mnie same dobre rzeczy. Jest mi bardzo miło, kiedy ktoś podchodzi i mówi, że ogląda nasz program, że lubi poranny duet "Chincz- Kammel" i że dobrze się czuje rozpoczynając z nami dzień. Pamiętam, kiedy ktoś mnie rozpoznał po raz pierwszy. To była dziewczyna w moim wieku, która podeszła do mnie w Sopocie i powiedziała, że bardzo mnie lubi, ma wrażenie, że jestem ogromnie sympatyczna i chciałaby mnie uściskać. Zrobiło mi się bardzo miło, a mina mojego męża była bezcenna (śmiech).

Co ceni pani w Tomku Kammelu? W jaki sposób uzupełniacie się na antenie?

- Tomek jest fajnym, bezpretensjonalnym facetem. Bardzo mi pomógł w stawianiu pierwszych kroków w telewizji. Ma ogromne doświadczenie, dużo pracuje przy różnych formach telewizyjnych i jest specjalistą z zakresu sztuki prezentacji, więc mam prawdziwego eksperta w zasięgu ręki. Dla mnie najważniejsze jest to, że ta przyjacielska relacja, którą staramy się zjednać sobie widzów, wytworzyła się zupełnie naturalnie .

Jaki jest klucz doboru tematów?

- Nasze wydanie nazywamy "gwiazdorską sobotą", bo zapraszamy osoby znane i rozpoznawalne. Soboty mają inny charakter niż pozostałe dni tygodnia - mniej jest poradnictwa, a więcej wywiadów ze znanymi osobami i informacji o kulisach telewizyjnych czy kinowych produkcji. Każde wydanie tworzy zespół pod kierunkiem wydawcy, który ma decydujący głos, ale wszyscy szukamy tematów, gości i pomysłów na urozmaicenie programu.

Znalazła pani czas na urlop?

- Jestem zabiegana, chyba jak każda kobieta, która ma dziecko, gotuje, robi zakupy i pracuje. Ale na wakacje plan był taki: będę przez cały czas w domu i będę wreszcie pielić, kosić i przycinać, bo bardzo lubię pracę w ogrodzie. Okazało się jednak, że miałam sporo wyjazdów związanych z pracą, więc w domu prawie mnie nie było.

Rozmawiał Artur Krasicki

Tele Tydzień

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje