Reklama

Co robi, żeby się rozkręcić?

W poniedziałki budzi Polaków przy "Kawie czy herbacie", z kolei w wieczornych "Wiadomościach" przekazuje najważniejsze informacje dnia. "Jadę do stacji własnym autem, a żeby się rozkręcić i rozgadać, słucham głośno muzyki" - zdradza Beata Tadla.

Miliony Polaków oglądają panią w poniedziałkowym wydaniu "Kawy czy herbaty". Prowadzenie programu śniadaniowego to sport ekstremalny. Jak wygląda szalony czas tuż przed emisją programu?

Reklama

Beata Tadla: - Poziom adrenaliny zaczyna mi się podnosić już w niedzielę w nocy. Przed moim porannym dyżurem nie mogę długo zasnąć. Śpię tylko trzy godziny, bo cały czas do głowy wpadają mi różne pomysły. Zapisuję je w iPadzie, który leży przy łóżku. W poniedziałkowy poranek moje dwa budziki dzwonią o 3:30. Mogłabym wstawać trochę później, ale potrzebuję czasu, by się rozbudzić. Robię śniadanie, dla siebie i dla swojego syna, który wstanie później. Jasiowi przygotowuję też kanapki do szkoły. A sama dostaję o poranku najlepszą kawę na świecie! Warto rano wstawać.

Czy pod domem czeka na panią kierowca z TVP?

- Ależ skąd! Jadę do stacji własnym autem. Żeby się rozkręcić i rozgadać, słucham głośno muzyki. Zdarza mi się nawet śpiewać. O 5:00 jestem na miejscu. Ubranie się, zrobienie makijażu i fryzury zajmuje 40 minut. Program zaczyna się za trzy minuty szósta i trwa do ósmej.

Potem czas na relaks?

- Jeśli nie mam wieczornego dyżuru w "Wiadomościach", przyjeżdżam do domu i śpię. Zdarza mi się w ciągu dnia spać nawet cztery godziny. Poza okresem zimowym chodzę na basen. Pływam zanurzona z rurką. Kiedy jestem pod wodą, mój mózg odpoczywa. Jestem tylko ja i woda. Mam wtedy mnóstwo myśli, ale nigdy nie pamiętam, jakie wnioski wyciągnęłam. One zostają sobie tam, pod wodą.

- Trenuję też regularnie na siłowni na przyrządach do ćwiczeń aerobowych. Wielkim relaksem jest dla mnie kino. Na szczęście znajduje się bardzo blisko mojego domu. Kiedy pracowałam jeszcze w TVN24 i kończyłam dyżur o 10 rano, jeśli nie chciało mi się spać, chodziłam właśnie do kina. Bardzo też dbam o spotkania z moimi najbliższymi.

Ten styl życia musi dobrze wpływać na pani nastrój. "Jest posiadaczką najpiękniejszego uśmiechu w telewizji" - przeczytałem o pani na forum internetowym. Czasami jednak delikatny uśmiech może na wizji przerodzić się w głośny śmiech, który uniemożliwia pracę. Wie pani coś na ten temat?

- Wiem, o co panu chodzi. Kiedyś miałam w TVN24 poranny dyżur razem z Jakubem Poradą. Podczas przeglądu prasy znalazł informację o kotce, która zaadoptowała małego króliczka. Kuba czytał tę wiadomość tak poważnym tonem, jakby miała się rozpaść Unia Europejska. Wyczuwałam jednak w jego głosie ironię. Gdy mówił, że: 'Kotka mizia łapką zajączka', ledwo wytrzymywałam. Ale gdy powiedział, że weterynarz, która opiekowała się tymi zwierzętami, nazywała się Wydra, parsknęłam śmiechem. Ludzie z reżyserki, zamiast mnie wspierać, chichotali. Za sekundę miałam zacząć czytać serwis informacyjny. Dusząc się ze śmiechu, przeprosiłam telewidzów. Później dostawałam maile: 'Wow, pani nie jest cyborgiem!'.

Czy przydarzały się pani jeszcze podobne ataki śmiechu w nieodpowiednich sytuacjach?

- Owszem. Podobna historia przytrafiła mi się podczas ślubu cywilnego. Pamiętam, że atmosfera w urzędzie była bardzo poważna. Kiedy urzędniczka w łańcuchu wygłaszała formułkę, miałam wrażenie, że ta cała sytuacja jest strasznie niedorzeczna. Wszystko wyglądało, jak w 'Misiu'. Zaczęło mi się zbierać na śmiech. W końcu nie wytrzymałam. Dwieście osób za mną też zaczęło się śmiać. Razem się nakręcaliśmy. Łzy płynęły mi po policzkach, przez co rozmazał mi się makijaż. Urzędniczka nic z tego nie rozumiała. Po ceremonii tylko spytała, co tak bardzo mnie rozśmieszyło.

Teraz pracuje pani w Telewizji Polskiej, instytucji znacznie większej od niejednego urzędu. Czy opanowała pani już zawiłe korytarze, które są zmorą wszystkich nowych dziennikarzy?

- Opanowanie korytarzy było najtrudniejszym elementem wpasowania się w tę nową strukturę. I przy Woronicza (tam powstaje m.in. 'Kawa czy herbata'), i na Placu Powstańców (siedziba redakcji 'Wiadomości' - przyp. red.), czułam się początkowo jak w labiryncie. Ciągle się gubiłam. Gdy kiedyś wyszłam z budynku przy Woronicza bocznymi drzwiami, nie potrafiłam już wrócić. Znalazłam się w pułapce. Tkwiłam na jakimś podwórku i dygotałam z zimna. Musiałam zadzwonić, by ktoś mi pomógł.

A czy z koleżankami i kolegami z redakcji dogaduje się pani lepiej niż urzędniczką, która udzielała pani ślubu?

- Zdecydowanie lepiej (śmiech). Kolegia poranne to dla mnie czysta przyjemność. Zespoły, które pracują nad 'Wiadomościami' i 'Kawą', tworzą zgrane kolektywy, co bardzo mnie cieszy, bo wyznaję kult pracy zespołowej. Ludzie są wobec siebie życzliwi. Wspierają się. Nikt się nie obraża, jeśli jeden reporter zgłosi temat, a robi go inny. W tym zespole na mnie ciąży odpowiedzialność takiego 'sprzedania' materiałów, by nie zawieść ani autorów, którzy cały dzień pracują nad tematem, ani wydawcy, który bezpośrednio nadzoruje ich dzieło. Muszę opisać i zaprezentować każdy temat najlepiej, jak potrafię, najatrakcyjniej.

Chyba się to pani udaje. Przywołam kolejny wpis z Internetu: "Pani Beata jest prawdziwą gwiazdą Wiadomości TVP, piękną kobietą i świetną prezenterką. Prawdę mówiąc, zdążyła już zdeklasować męską ekipę tego programu".

- Cieszę się takimi opiniami, jak dziecko nową zabawką. Mnóstwo ludzi mówi mi, że zaczęło oglądać 'Wiadomości' dla mnie. To budujące i ważne. Odbieram bardzo dużo pozytywnych komentarzy, a ze wszystkich negatywnych wyciągam wnioski. Pod warunkiem oczywiście, że stanowią konstruktywną krytykę. Za wszystkie opinie, listy, komentarze - dziękuję. W tym zawodzie najgorzej chyba być przezroczystym.

Beata Tadla - dawniej dziennikarka radiowa, dzisiaj prezenterka telewizyjna. Pracowała jako reporterka w stacjach radiowych - Radiu Legnica, ESKA i Plus. Później związała się z telewizją. Była gospodynią magazynu "Klub młodej mamy" na antenie TVN Style. Prowadziła serwisy informacyjne TVN24 i weekendowe wydania "Faktów" w TVN. Dziennikarka jest także autorką książek: "Pokolenie 89, czyli dzieci PRL w wolnej Polsce", "Kto pyta nie błądzi, rozmowy wielkich i niewielkich" oraz "Niedziela bez Teleranka". W 2010 roku otrzymała tytuł Mistrza Mowy Polskiej. Obecnie prowadzi główne wydanie "Wiadomości" i jest gospodynią poniedziałkowej "Kawy czy herbaty". Była dwukrotnie zamężna. Wychowuje 12-letniego syna, Jana. Ma 38 lat.

Rozmawiał Andrzej Grabarczuk (PAP Life).

Najlepsze programy, najatrakcyjniejsze gwiazdy - arkana telewizji w jednym miejscu!

Nie przegap swoich ulubionych filmów i seriali! Kliknij i sprawdź nasz nowy program telewizyjny!

INTERIA.PL/PAP

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje