Reklama

Anna Dymna: Anioł z Krakowa

Anna Dymna od 12 lat poświęca czas i siły ludziom niepełnosprawnym i chorym. Teraz jednym z nich stał się jej bliski przyjaciel Krzysztof Globisz. Aktorka organizuje koncert i aukcję w krakowskiej filharmonii, by mu pomóc.

Skąd się wzięła u pani chęć niesienia pomocy?

Reklama

Anna Dymna: - Nie wiem. Uprawiam zawód, który zmusza do rozumienia drugiego człowieka, chociażby po to, żeby wiarygodnie grać. Czyli umiem rozmawiać i słuchać. Więc kiedy przez przypadek zetknęłam się z ludźmi niepełnosprawnymi intelektualnie, okazało się, że ich rozumiem, potrafię wczuć się w ich sytuację, zdobyć zaufanie. To sprawia wielką przyjemność, że ktoś się cieszy z tego, że ty po prostu jesteś! I wcale nie z powodu sławy.

- Wtedy, nie zastanawiając się, założyłam fundację Mimo Wszystko. Gdybym wiedziała, co to znaczy, w życiu bym się nie zdecydowała (śmiech)! Jednak ludzie mnie lubią i to pomaga. Kiedyś pracowałam na swoją twarz - "Janosikiem", "Nie ma mocnych", "Znachorem", a teraz ta twarz pracuje na tych, którzy potrzebują pomocy.

15 lutego odbędzie się organizowany przez panią koncert na rzecz pana Krzysztofa Globisza. Kto weźmie w nim udział?

- Krzysztof to mój brat, bo od lat gramy razem w Starym Teatrze, pracujemy w szkole teatralnej. Ludzie bardzo go kochają, bo zawsze pomaga, nigdy niczego nie odmówi. A teraz to on naprawdę potrzebuje pomocy. Jest silny i pracowity, toczy ciężką walkę o powrót do sprawności. Ale rehabilitacja kosztuje. Założyliśmy więc w fundacji subkonto dla niego. A koncert nazywa się "Nasz anioł w Krakowie", przez skojarzenie z filmem Artura Więcka. Pokażemy zresztą jego fragmenty, w ten sposób Krzyś będzie z nami.

- Grzegorz Turnau pomógł mi to wszystko wymyślić. Zaśpiewają przyjaciele z Krakowa: Anna Szałapak, Anna Radwan, Ewa Kaim, Jacek Wójcicki, poza tym Joanna Kulig i Zbigniew Wodecki. Jerzy Trela przeczyta wiersz Czesława Miłosza "O aniołach". Pomagają ludzie z całej Polski: i znani, i anonimowi. Nadsyłają wspaniałe przedmioty na aukcję, pióra wieczne, zegarki... Ofiarodawcami są aktorzy, politycy, sportowcy, poeci, duchowni.

Czy docierają do pani słowa krytyki dotyczące tej pomocy? Że jest przeznaczona dla znanego aktora, któremu i tak jest łatwiej?

- Tak, i to mnie boleśnie zdumiewa. Przecież przez 12 lat pracy z fundacją pomogłam tysiącom ludzi, których nikt nie zna. A teraz nie mogę pomóc przyjacielowi, który jest znany?! My codziennie do Krzysztofa dzwonimy, przesyłamy mu zdjęcia, wspieramy jego żonę, co jest bardzo ważne, bo w trakcie rehabilitacji pomaga zachować optymizm. I tak powinno być. Rozumiem jednak, że zdarzają się ludzie samotni, sfrustrowani, poranieni, których drażni wszystko, co się wokół nich dzieje. Dobrze by było, żeby zaczęli żyć tak, aby mieć kogoś, kto im pomoże w razie potrzeby.

Czy gdy pani była kiedyś w potrzebie, przyjaciele pani pomogli?

- Gdyby nie koledzy z teatru, dawno bym nie żyła. Nigdy bym sobie nie poradziła! Jak spaliło mi się mieszkanie, to razem z mężem i kotem mieszkałam u Eli Karkoszki. Kiedy umarł mój mąż, zawsze po spektaklu koledzy zabierali mnie do Spatifu. Wiedzieli, że ich potrzebuję. Załatwili mi akademik, żebym mogła gdziekolwiek mieszkać. A gdy miałam wypadek, przyjeżdżali do mnie na Węgry do szpitala! A nawet przywieźli mi menu z tego Spatifu. Miałam dziurę w płucach - nic nie jadłam i nie mogłam się śmiać. A jak zobaczyłam kartę ze śledzikiem i karpiem po żydowsku... Można by powiedzieć, że oddaję jakiś dług, ale i tak bym go nigdy nie spłaciła, więc nie będę próbować. .

Wiedząc, ile pani ma zajęć, aż niezręcznie mi zapytać, dlaczego tak rzadko widujemy panią na ekranie?

- Bo nie dostaję propozycji. Mam 63 lata, jestem gruba, stara... Niektórych propozycji z seriali nie mogę przyjmować, bo musiałabym zrezygnować ze wszystkiego, co jest dla mnie ważne. Nie znaczy to, że nie zagram jeszcze wielkiej i wspaniałej roli, ale to już nie będzie Ania Pawlak ani Marysia Wilczurówna. Dostałam kilka scenariuszy tak głupich i ohydnych... Nie mogę przyjąć roli, która zaprzecza moim wartościom! Zresztą pracuję dużo w teatrze, więc nie mam odczucia, że jestem już nikomu niepotrzebna. Nie mam z tym żadnego problemu.

Kocha pani teatr. Z takim uczuciem człowiek się rodzi czy to przychodzi z czasem?

- Chyba u każdego jest inaczej, ale wszyscy moi koledzy aktorzy kochają teatr. To jest miejsce, gdzie wszystko jest żywe. Film jest nagrany na martwej taśmie i od aktora wcale tak dużo nie zależy jak od montażu. A w teatrze masz widownię. No i tylko tam są oklaski. Człowiek się kłania i jest szczęśliwy.

Rozmawiała Katarzyna Sobkowicz.

Chcesz poznać lepiej swoich ulubionych artystów? Poczytaj nasze wywiady, a dowiesz się wielu interesujących rzeczy!

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Super TV

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje