Reklama

"Zenek": Zaczyna się dobrze [recenzja]

Kadr z filmu "Zenek" /TVP

Zenon Martyniuk, król disco polo, doczekał się poświęconego swojej osobie filmu. Przed premierą "Zenka" Jana Hryniaka wiele osób zastanawiało się, czy biografia piosenkarza jest dobrym materiałem na dzieło audiowizualne. Sam uważam, że często od samej historii ważniejsza jest realizacja. Twórcom udaje się ukryć scenariuszowe niedostatki w pierwszej połowie filmu. Później wracają one ze zdwojoną siłą. Natomiast od gatunkowej wolty w trzecim akcie jeszcze przez długi czas będzie boleć mnie głowa.

Reklama

Film dzieli się na dwie części. Pierwsza, obejmująca głównie końcówkę lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, przedstawia początki muzycznej kariery Martyniuka (Jakub Zając) - od grania do kotleta na weselach do zdobycia nagłej popularności. Druga, przypadająca na lata 2003-2004, ukazuje zmagania starszego piosenkarza (Krzysztof Czeczot) z dramatycznym wyzwaniem.

Młodość bohatera zostaje zaprezentowana w nader sympatyczny sposób. Twórcy wykreowali obraz prowincji daleki od najbardziej eksploatowanego na ekranach polskich kin, zdominowanego przez Obrzydłówek rodem z twórczości Wojciecha Smarzowskiego, ewentualnie nieznośnie prześmiewczą perspektywę Małgorzaty Szumowskiej.

Reklama

Tymczasem w "Zenku" mamy zgraną, tolerancyjną i otwartą społeczność, zawsze skorą do pomocy drugiemu człowiekowi. Specyfika owych lat zostaje ukazana z urzekającą nostalgią. Trudno nie uśmiechnąć się, gdy bohaterowie zajeżdżają kasety magnetofonowe, by spisać tekst zagranicznej piosenki, lub z jakim namaszczeniem traktują plakaty z zachodnich magazynów dla młodzieży. Hryniak idealizuje tamte czasy. Absolutnie nie jest to jednak wadą jego filmu. Pierwsza połowa wygrywa także dzięki odtwórcy "młodszego" Martyniuka. Jakub Zając wspaniale oddaje entuzjazm swojego bohatera. Partneruje mu równie dobry Karol Dziuba, który wcielił się w klawiszowca Ryśka.

Początkowe fragmenty nie są wolne od wad. Brakuje przede wszystkim konkretnej przeszkody, która stałaby na drodze protagonisty do wielkiej kariery. Mimo to twórcom udaje się porwać publiczność. Gdyby do napisów końcowych film pozostał na poziomie swoich pierwszych 60 minut, ocena byłaby przynajmniej dwa razy wyższa. Niestety, historia "starszego" Martyniuka jawi się niemal jak zupełnie inna produkcja - sporo gorsza.

Kumulują się w niej problemy scenariuszowe. Wątki rozpoczęte w latach osiemdziesiątych zostają nagle urwane lub pospiesznie zakończone. Pojawiają się także przerywniki, stylizowane na dokument z 2020 roku, w którym starsze wersje bohaterów tłumaczą, co zaszło pomiędzy scenami. W jednym z wywiadów Hryniak porównywał je do parabaz z wybitnej biografii "Jestem najlepsza. Ja, Tonya" Craiga Gillespiego. Niestety, te z "Zenka" bardziej przypominają sceny wyjęte z seriali paradokumentalnych - są zbyt deklaratywne, w dodatku często rozwiązują poza kadrem kilka ciekawie zapowiadających się motywów (np. oskarżenia Martyniuka o zdradę małżeńską). Zawodzi także Czeczot, którego Zenek ogranicza się do miny zblazowanego gwiazdora lub wymuszonego uśmiechu.

Największe kuriozum przychodzi jednak w finale, w którym twórcy wprowadzają fikcyjny wątek porwania. Całość jest źle zrealizowana, koszmarnie napisana, a przede wszystkim zupełnie zbędna z punktu widzenia opowiadanej historii. Rozwiązanie przychodzi za łatwo, a sam bohater zdaje się nie wynieść z dramatu żadnej lekcji.

Jakie jest przesłanie "Zenka"? Na sukces trzeba ciężko pracować? Najważniejsza jest rodzina? Niestety, ostatecznie przedstawiona historia nie ma nawet najprostszego morału. Co zaskakujące, film Hryniaka zawodzi także jako laurka dla Martyniuka. Oczywiście postać piosenkarza została odpowiednio wygładzona. Widzowie kibicują mu przez cały czas, nawet jeśli zachowuje się nie fair. Niemniej w filmie nie uświadczymy jego najbardziej znanych utworów. Nawet gdy w finale prawdziwy Zenek śpiewa wraz z grającymi go aktorami piosenkę, nie jest to "Przez twe oczy zielone", a cover "The NeverEnding Story" Limahla. Czy fani Martyniuka będą zadowoleni z takiego obrotu spraw? Trochę powątpiewam.

Nie wiem, dlaczego twórcy zdecydowali się na wątek z 2004 roku. Gdyby zrezygnowali z niego, ograniczyli się do młodości swojego bohatera i posiedzieli trochę nad narracją - wtedy moglibyśmy otrzymać pierwsze duże kinowe zaskoczenie 2020 roku. Niestety, ostatecznie do kin trafił produkt z potencjałem zmarnowanym przez pospieszną realizację i nietrafione decyzje artystyczne.

3/10

"Zenek", reż. Jan Hryniak, Polska 2020, dystrybutor TVP, premiera kinowa 14 lutego 2020 roku.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Zenek film

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje