Reklama

Reklama

Żegnaj, laleczko

"Sucker Punch", reż. Zack Snyder, USA 2011, dystrybutor Warner Bros. Entertainment Polska, premiera kinowa 25 marca 2011 roku.

Złośliwi mówili dotąd o Zacku Snyderze, że potrafi robić wyłącznie maskulinistyczne, zakrawające o szowinizm i seksizm filmy, przeznaczone jedynie do niewydarzonych i zakompleksionych osobników brzydszej płci, których najlepszym reprezentantem był jego słynny obraz "300". Ciekawe, co te same osoby powiedzą po obejrzeniu "Sucker Punch", najnowszej produkcji amerykańskiego reżysera, w której banda młodocianych lolitek jest w stanie skopać każdą męską dupę, jaką napotka na swojej drodze.

Mimo że zdecydowanie sprawia takie wrażenie, to "Sucker Punch" - w odróżnieniu od wspomnianych "300", a także "Watchmen Strażników" - nie jest kolejną ekranizacją komiksu w wydaniu Snydera, którego dotychczasowy dorobek i sposób, w jaki jego autorskie dokonania odróżniają się od innych tego typu filmowych prób, pozwalają uznać za największego obecnie specjalistę od adaptowania ilustrowanych historii. Potwierdza to zresztą fakt, powierzenia mu misji przywrócenia odpowiedniej rangi filmom o najważniejszym bohaterze komiksów, czyli Supermanie ("Superman: Man of Steel").

Reklama

Co dla tego twórcy znamienne, każda kolejna produkcja, jaka wychodzi spod ręki Snydera, zdecydowanie odróżnia się od poprzedniej, co pokazuje, że Amerykanin zawsze szuka odpowiedniej formy do materiału, z jakim przychodzi mu się zetknąć. Po komiksach - zakorzenionym mocno w ilustracjach Franka Millera "300" i dużo bardziej osadzonych w realności "Watchmenach", a także animowanych "Legendach sowiego królestwa: Strażnikach Ga'Hoole", przyszedł czas na coś pośredniego, rzeczywistość przesiąkniętą fantazją - bowiem tym właśnie jest "Sucker Punch".

Zresztą przypomina w tym względzie słynną "Incepcję" Christophera Nolana, z tą różnicą, że ucieczką od realności, a zarazem drogą do pokonania wszelkich przeszkód, jest tu nie świat snów, lecz marzeń. Wyobraźnia okazuje się być u Snydera tak samo silna, jak senna podświadomość Doma Cobba (Leonardo DiCaprio), pozwala uciec od prześladowań, przemocy, a przede wszystkim bólu. Jednocześnie umożliwia zmierzenie się z naszymi największymi obawami, ale na naszych warunkach i zgodnie ze stworzonymi przez nas regułami.

Tak właśnie czyni Baby Doll (Emily Browning), której matka zmarła, a ona wraz z małą siostrą trafiła pod opiekę ojczyma sadysty. Gdy ten próbuje zgwałcić bezbronną dziewczynkę, Baby Doll staje w jej obronie. Strzela do mężczyzny, ale pudłuje, raniąc śmiertelnie siostrę. Jest tym tak wstrząśnięta, że bez oporów daje się zamknąć ojczymowi w zakładzie psychiatrycznym, gdzie ma zostać poddana zabiegowi lobotomii (akcja rozgrywa się w latach 50., gdy w ten sposób "leczono").

Aby uniknąć zrównania jej do roli "warzywa", Baby Doll ma 5 dni, w czasie których z pomocą innych zamkniętych w zakładzie dziewcząt: Blondie (Vanessa Hudgens), Rocket (Jena Malone), Amber (Jamie Chung) i Sweet Pee (Abbie Cornish) podejmie próbę ucieczki. Aby ich plan miał szansę powodzenia będą zmuszone do zdobycia pięciu artefaktów, przy pomocy których znajdą się na wolności. Od tego momentu świat rzeczywisty i wyimaginowany zostaną rozmazane, przez co misja dziewcząt zostanie sprowadzona zarówno do tańca w klubie nocnym, jak i do walki w okopach II wojny światowej, zatrzymania wypełnionego bombami pociągu czy też zamordowania smoka. Wyobraźnia będzie ich największą siłą, ale okaże się również słabością w najmniej oczekiwanym momencie.

Oczywiście "Sucker Punch" powala wizualnie, może nie tak bardzo, jak "Sin City" czy "300" (to zresztą trochę inna "bajka"), ale widać tu olbrzymi rozmach, techniczną doskonałość, przez co całość zyskuje znamion tworu genialnego wizjonera, mistrzowskiej kreacji nie do powtórzenia. Rewelacyjna jest muzyka, która od pierwszej chwili wprowadza w widza w ten cudowny świat, a zarazem jest dobrana tak, aby komentować rzeczywistość. Wpadają w ucho zwłaszcza nowe wersje przebojów znanych z innych filmów (utwory The Pixies, Eurythmics czy Queen).

Zresztą nie tylko innymi piosenkami inspiruje się Snyder. W "Sucker Punch" mamy całą falę nawiązań do innych dzieł kinematograficznych, które są niczym "mrugnięcie okiem" do wprawnego widza. Mnogość stylistyk - wojennej, filmów akcji, kina samurajskiego, science-fiction, itd. - umożliwia reżyserowi sprawne żonglowanie odpowiednimi motywami i konwencjami, co Snyder z lubością zresztą czyni. W efekcie dochodzi do zatarcia granic między tym, co innowacyjne, a na własny użytek przetworzone. Jest tylko jedna wielka intertekstualność, co w tym wypadku jest oczywiście komplementem.

To, co jednak, najbardziej ujęło mnie w "Sucker Punch", to mnogość odczytań, zupełnie nietypowa dla tego typu filmu i samego Snydera, który zwykle dość jasno (najczęściej za sprawą głosu z "offu") wyjaśnia, o co mu chodziło. Tu także zresztą ów odautorski komentarz się pojawia (za sprawą Scotta Glenna wcielającego się w filmie w Mędrca), ale tym razem jedynie sugeruje on możliwości, naprowadza, sygnalizuje, ale nie daje jasnych odpowiedzi. Dzięki temu możemy się tylko domyślać, co oznacza taniec, za sprawą którego Baby Doll skupia na sobie uwagę mężczyzn, a także kto właściwie jest główną bohaterką całej tej historii. Również za sprawą tego po seansie zostajemy pozostawieni z pytaniem, czy to, co właśnie widzieliśmy, miało tak naprawdę cokolwiek wspólnego z rzeczywistością, i nie mam tu bynajmniej na myśli fantastycznej otoczki, w jakiej Snyder umieścił większość obserwowanych przez nas wydarzeń.

7,5/10

Jeśli chcesz obejrzeć film "Sucker Punch", sprawdź repertuar kin w swoim mieście!

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje