"Zabicie świętego jelenia" [recenzja]: Oko za oko, ząb za ząb

Colin Farrell grał główną rolę także w poprzednim filmie reżysera zatytułowanym "Lobster" /materiały prasowe

Gdyby artystów mierzyć skalą "dziwności", Giorgos Lanthimos chodziłby w koronie. Grecki reżyser gra w tej samej lidze, co Michael Haneke, Lars von Trier oraz Darren Aronofsky, i każdym nowym projektem udowadnia, że sformułowanie "granica kina" nie ma racji bytu. Film "Zabicie świętego jelenia", choć mocno powiązany z klasyczną tragedią antyczną, jest kolejnym dowodem na poparcie tej tezy. Lanthimos śladem Haneke zastanawia się nad znaczeniem słowa "sprawiedliwość" i znów prowokuje.

Reklama

Zaczyna się jak w greckim teatrze. Ciemność. Muzyka. Chór. A potem... scena operacji na otwartym sercu, która od razu przypomina nam, w czyim świecie jesteśmy. Dalej może być tylko trudniej. Poznajemy Stevena Murphy'ego (Colin Farrell), doświadczonego chirurga, i jego rodzinę - żonę Annę (Nicole Kidman) oraz dwójkę dzieci: Kim (Raffey Casidy) i Boba (Sunny Suljic). Przede wszystkim zaś poznajemy Martina (Barry Keoghan), ich nastoletniego przyjaciela.

Chłopiec po śmierci ojca nawiązuje z lekarzem i jego bliskimi więź, która na pozór wydaje się lekarstwem na stratę. Gdy jednak ujawnia swoje prawdziwe motywacje, stawiając państwa Murphy pod ścianą, zaczynamy rozumieć, że nie chodzi o niego. Nie dość, że niepozorny nastolatek zmusi rodzinę do podjęcia przełomowych dla jej istnienia decyzji, to jeszcze, jak przystało na fatum, ściągnie na idealny dom Murphych zagładę. Wszystko w imię opacznie pojmowanej sprawiedliwości.

Nie bez znaczenia jest już samo nazwisko dręczonej rodziny, ewidentne nawiązanie do Prawa Murphy'ego, zgodnie z którym "rzeczy pójdą tak źle, jak to tylko możliwe". Lanthimos nie ma cienia litości dla swoich bohaterów i tak jak w "Kle" oraz "Lobsterze" błyskawicznie pozbawia nas złudzeń, co do "happy endu". W opowieści inspirowanej sztuką "Ifigenia w Aulidze" Eurypidesa los jest bezwzględny, kaci brutalni, a wybory ostateczne. W końcu chodzi o konflikt tragiczny, gdzie żadne rozwiązanie nie przynosi wybawienia. Działa tu jednak doskonale znany i sprawdzony mechanizm. Choć czujemy, że każdy krok przybliża postaci do porażki, dzieło Greka ogląda się z wypiekami na twarzy.

Reklama

To nie tylko zasługa klasycznej budowy i wewnętrznej potrzeby doświadczenia katharsis, ale w równie dużym stopniu kwestia gatunkowego wyczucia reżysera. Lanthimos prowadzi nas przez "Zabicie świętego jelenia" w stylu thrillera z tajemnicą. Najpierw stawia przed widzem dziesiątki pytań, a później stopniowo zaczyna na nie odpowiadać. Odpowiada bez pośpiechu, w onirycznym tonie, ale aż do momentu, gdy najchętniej skończylibyśmy słuchać. Niestety, dla widzów twórca ma równie mało empatii, co dla bohaterów dramatu. W jego pozbawionej emocji, zimnej rzeczywistości, jedyne co na nas czeka to fabularne wstrząsy, makabryczne rezultaty przemocy i potężna dawka bardzo czarnego humoru.

Z tego też powodu "Zabicie świętego jelenia" wydaje się być odpowiedzią na legendarne "Funny Games" Michaela Haneke. Tak jak w dramacie Austriaka Lanthimos zmusza do zastanowienia nad tym, czym jest karma, bawi się litrami sztucznej krwi i wpycha nam młotkiem do głowy pytanie "dlaczego?", całość oddając w ręce w pełni świadomych konwencji aktorów. Jednak w przeciwieństwie do Haneke, u Lanthimosa nic nie dzieje się bez przyczyny, a "Zabicie świętego jelenia" okazuje się finalnie pokręconą wersją kina zemsty, doprawioną rewelacyjną rolą młodego Barry'ego Keoghana. Dzięki temu, poza szokiem, film pozostawia w nas także potrzebę indywidualnej refleksji nad tym, gdzie zaczyna i kończy się sprawiedliwość.

Wspólnota konceptów z Haneke oraz silne skojarzenia stylistyczne z kinem von Triera i Aronofsky'ego nie są, oczywiście, znakiem, że Lanthimos utracił swój autorski sznyt. Wręcz przeciwnie, "Zabicie świętego jelenia" to swego rodzaju reżyserska "pokazówka". Dla niezaznajomionych z poprzednimi dziełami Greka będzie to wizualny i duchowy "odjazd", dla fanów - sklejka "the best of". Mamy więc charakterystyczne dla Lanthimosa zobojętnienie postaci, niedobór słów i nadmiar fetyszy. Mamy też długie, obiektywne ujęcia, dokumentalny dystans i wybitne zdjęcia Thimiosa Bakatakisa, same w sobie zasługujące na miano dzieła sztuki.

"Zabicie świętego jelenia" to z pewnością najdojrzalsze i najbardziej spełnione dzieło Lanthimosa. Jednocześnie reżyser nie odkrywa tu żadnych nowych rejonów swojej wrażliwości, jest przewidywalny w swoim pesymizmie. Dodając do tego przeciągniętą pierwszą część filmu, wyciągnięty z antyku patos i schorzenie pt. "przewaga formy nad treścią" (jak krwawe łzy - na obrzeżach autoparodii), zapala się w nas ostrzegawcza lampka. By zachować miano jednego z najbardziej interesujących współczesnych twórców europejskich, Lanthimos następnym razem będzie musiał zaproponować coś innego. Inaczej może skończyć jak jego bohaterowie - na dnie stromej ścieżki w dół, w cieniu własnych duchów.

7,5/10

"Zabicie świętego jelenia" [The Killing of a Sacred Deer], reż. Giorgos Lanthimos, Wielka Brytania, USA 2017, dystrybutor: Monolith Films, premiera kinowa 1 grudnia 2017 roku.

Dowiedz się więcej na temat: Zabicie świętego jelenia

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje