"X-Men: Apocalypse" [recenzja]: Grzech pychy

Michael Fassbender w filmie "X-Men: Apocalypse" /Alan Markfield/ Capital Pictures /East News

Każdy dar może być klątwą. Każdy dar trzeba najpierw rozpoznać, a następnie nauczyć się z niego korzystać. Najważniejsze jednak, żeby zaakceptować siebie takim, jakim się jest. Bez względu na to, jak nazywają cię tzw. "normalni". W świecie Marvela spod znaku X-Men normalni to ludzie, a "inni" to mutanty. Dotychczas wszyscy byli przekonani, że zmutowane geny to pokłosie początku XX wieku. Okazuje się, że przodkowie "odmieńców" pojawili się już w starożytnym Egipcie.

Reklama

Kolejny raz chodzi o potyczkę z przeszłością. Bryan Singer jest bezlitosnym architektem i czarodziejem historii. Już w czołówce "X-Men: Apocalypse" drażni się z przyzwyczajeniami widza do symboli historii ludzkości - animowany Jezus Chrystus, symbol swastyki itp. Zanim przeniesiemy się do lat 80. XX wieku, poznajemy genezę mutanckich dziejów - w starożytnej Dolinie Nilu pojawi się postać Apocalypse - En Sabah Nur (Oscar Isaac), czyli "tego, który był pierwszy". Singer już na samym początku najnowszej części sagi o superbohaterach odpowiada na najbardziej nurtujące pytania - co było najpierw/jak powstała "inność".

Z tym zagadnieniem starają się też zmierzyć ludzie. Dzieciaki w szkole uczą się o buncie i spustoszeniu dokonanym przez Magneto,  Mystique jest zaś uważana za bohaterkę i ikonę walki o niezależność. "Normalni" próbują okiełznać - zrozumieć "innych". To okiełznanie polega na wpleceniu ich historii w dzieje tej cywilizacji. Podobny mechanizm stosuje Singer, tyle że tym razem nie musi podawać w wątpliwość chronologii dziejów - nie szuka cykliczności. Reżyser "X-Men: Apocalypse" oddaje się atmosferze lat 80. XX wieku - oddaje pole naszej nostalgii za tą dekadą przesady.

Reklama

W ostatnich X-Menach mieliśmy już lata 60. ("X-men: Pierwsza klasa, reż. Matthew Vaughn), była wolta z latami 70. do których wracał Wolverine ("X-men: Przeszłość, która nadejdzie", reż. Bryan Singer). Teraz przyszedł czas na epokę Ronalda Reagana. Bynajmniej jednak świat mutantów z profesorem Xavierem i Magneto na czele nie ogranicza się tylko do kilku klisz popkulturowych. Oczywiście, pojawiają się cudowne impulsy tamtej dekady w postaci Nightcrawlera, który wygląda jak Michael Jackson w słynnym "Thrillerze", czy Mystique, która w Berlinie Wschodnim przypomina Ninę Hagen. Zresztą cała sekwencja berlińska to majstersztyk à la Kiss  w duecie z punkrockowym podziemiem. Na to wszystko jeszcze postacie odbijające wielkiego Klausa Nomi. Oprócz tych estetycznych przyjemności cała narracja opiera się na politycznych odwołaniach do wyścigu zbrojeń, ostatnim okresie zimnej wojny i zbliżającym się przełomie politycznym z początku lat 90. Polscy widzowie wstrzymają oddech, kiedy zobaczą Magneto mówiącego po polsku w maleńkim Pruszkowie. Po chwili będzie też śpiewał w tym języku i na koniec w jednej z genialniejszych scen tej części serii rozniesie w pył Milicję Obywatelską. 

"X-Men: Apocalypse" to także przykład tego, w jaki sposób sam reżyser przepracowuje własną artystyczną pychę. W jednym z dialogów Jean mówi do swoich towarzyszy, że przecież wiadomo, iż trzecia część sagi jest najgorsza. Komentarz odnosi się do "Gwiezdnych wojen", ale siłą rzeczy także do "Apocalypse". Singer zdaje sobie sprawę, że jego "Przeszłość, która nadejdzie" była o wiele słabsza niż "Pierwsza klasa" Vaughna. W związku z tym apokaliptyczna końcówka trylogii to cacko przemyślane i przepracowane w 100 procentach. Nie ma w tym filmie żadnego niepotrzebnego obrazka. Nawet jeśli pojawiają się elementy kiczu, to zawsze ma to swój cel. Singer świadomie zaczyna przenosić X-Menów w świat vintage. Nie ma sensu ścigać się w kwestii efektów specjalnych z innymi seriami o superbohaterach. Mutanci zrodzeni z atomu to po prostu praojcowie i pramatki. Inni są daleko w tyle. Zresztą po obejrzeniu "Apocalypse" nikt już nigdy nie pomyśli o niczym innym, tylko właśnie o mutantach, gdy w tle lecieć będzie "Sweet Dreams" Eurythimcs. Quicksilver to najważniejszy symbol tej dekady.

Jeśli chodzi o matriarchat, to prócz zabawy z wizerunkiem Mystique (Jeniffer Lawrence) i jej Kosogłosem z "Igrzysk śmierci", twórcy tej części oddają hołd nowej "królowej" - tej która w "Apocalypse" staje się wszechmocna. Jej siła jest niepodważalna - nie tylko przenika ludzki umysł, ale jest ratunkiem w ostatniej chwili. To ona wyznacza kierunek dla kolejnej części "X-Menów". Ostatecznie ona każe za grzech pychy i wyznacza nowy początek. Nie chodzi już tylko o pokazywanie superbohaterek. Chodzi o to, że władza zaczyna naturalnie należeć właśnie do nich.

9/10

"X-Men: Apocalypse", reż. Bryan Singer, USA 2016, dystrybutor: Imperial-Cinepix, premiera kinowa: 20 maja 2016

Dowiedz się więcej na temat: X-Men: Apocalypse

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje