Reklama

Wyjątkowy "everyman"

"John Lennon. Chłopak znikąd", reż. Sam Taylor-Wood, Wielka Brytania 2009, dystrybutor: Monolith Plus, premiera kinowa: 17 grudnia 2010

Gówniarz z wielkimi ambicjami. Niepokorny, nieprzystosowany, zapatrzony w przyszłość, którą sam dla siebie wymyślił. Wszyscy mówią mu, że skończy w rynsztoku, ale on zamiast zabrać się wreszcie do nauki, wciąż włóczy się po okolicy z papierosem w zębach i dłońmi w kieszeniach. Nagle w jego życiu następuje przełom i dawni nauczyciele przecierają oczy ze zdumienia, widząc, jak temu degeneratowi kłania się teraz cały świat.

Reklama

Znamy tego typu historie aż nazbyt dobrze, przez co przestaliśmy wierzyć w ich prawdziwość; traktujemy je tylko jako (de)motywujące legendy, bo przecież nie każdy pucybut został milionerem. Sam Taylor Wood w "John Lennon. Chłopak znikąd" przypomina o tym, że tacy wybrańcy losu istnieli naprawdę. Cały koncept filmu zawiera się już w jego tytule: chociaż bohater śni o ścigającym go wrzasku kilkumilionowego tłumu, a kiedy zadaje retoryczne pytanie, czemu nie urodził się Elvisem Presleyem, słyszy w odpowiedzi: "bo zachował cię na Johna Lennona", to akcja obejmuje jedynie nieznany szerzej okres dojrzewania legendarnego muzyka. "Chłopak znikąd" jest przede wszystkim słodko-gorzkim "coming-of-age movie", który uświęca przyszła sława jednego z Beatlesów.

Pomysł jest prosty, ale zrealizowany z energią i sercem. Grany przez Aarona Johnsona Lennon zachowuje się tu tak, jak powinni zachowywać się młodzi geniusze: pali i pije ponad miarę, bywa na zmianę charyzmatyczny i histeryczny, budzi podziw i irytację. Historia dotyczy jego skomplikowanej relacji z kostyczną ciotką (Kristin Scott Thomas) i równie sympatyczną co nieodpowiedzialną matką (Anne-Marie Duff), która porzuciła go, gdy był jeszcze mały. Chłopak miota się między dwoma domami, hormony grają mu w mózgu muzykę Wagnera, w koszu na bieliznę zalega jeszcze trochę rodzinnych brudów do wyprania. Ten dzieciak mógłby być mną lub kimkolwiek innym, kosmiczna siła lub szczęśliwa kombinacja genów sprawiły jednak, że jest Johnem Lennonem.

Po seansie dręczyło mnie przede wszystkim jedno pytanie: jak bardzo różniłyby się moje uczucia względem tej historii, gdybym nie posiadał wiedzy o dalszych losach jej protagonisty? Czy obserwowanie rozwoju muzycznej pasji młodego Johna budziłoby mniejsze emocje, gdyby był on zwykłym beztalenciem, któremu wydaje się, że bezczelnością i kupioną za parę funtów gitarą zawojuje cały świat? "Chłopak znikąd" to film sprytny, ponieważ pozwala, aby naddatek świadomości nadawał pokazywanym w nim sytuacjom wręcz mitycznego wymiaru.

Bardziej poruszający od familijnej szamotaniny jest tutaj obraz względnie spokojnego dzieciństwa bohatera. Palonym po kryjomu w szkolnych kiblach papierosom, przechadzkom po zielonych trawnikach i masturbacyjnemu traktowaniu pierwszych muzycznych instrumentów dodatkowego lukru dodają pastelowe zdjęcia Seamusa McGarveya. Lennon pogodził się z czasem z ciotką, a jego lokalna sława zmieniła się w globalną Beatlemanię, jednak tych - cytując Paktofonikę - "chwil ulotnych jak ulotka" już nigdy nie odzyskał, bo nikt nie potrafi odzyskać tego, co skończyło się wraz z otrzymaniem dowodu tożsamości.

Kiedy bohater wyrusza w finale na koncert do Hamburga, na ekranie nie pojawia się żadne epitafium, ale pewnie nie tylko ja miałem ciarki na myśl o pięciu kulach, które dwadzieścia lat później posłał mu w plecy niejaki Mark David Chapman.

7/10

Nie wiesz, w którym kinie możesz obejrzeć film "John Lennon. Chłopak znikąd"? Sprawdź repertuar kin w swoim mieście!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Taylor | Sam Taylor-Wood

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje