Reklama

"World War Z": Brad Pitt jest legendą

Nie spełniła się apokaliptyczna przepowiednia Majów, ale wciąż jej donośne echa pobrzmiewają we współczesnym kinie. W "World War Z" Marca Forstera ("Czekając na wyrok", "007 Quantum of Solace") możemy oglądać kolejną wizję końca świata. Jego sprawcami są tutaj stare dobre zombie - nadgniłe, niepowstrzymane i wiecznie głodne.

Żywe trupy to już figury z popkulturowego lamusa - tak oswojone, że nadające się do reklamowania płatków śniadaniowych. Fundamenty pod konwencję filmu o pladze nieumarłych podłożył "Ostatni człowiek na Ziemi", oparty na podstawie "Jestem legendą" pióra zmarłego ostatnio Richarda Mathesona, dojrzałą formę nadała jej wyreżyserowana przez George'a Romero "trylogia żywych trupów", a do cna wyeksploatowały ją setki produkcji klasy B i parodii, z "Wysypem żywych trupów" i "Zombielandem" na czele. Forster próbuje jednak dorzucić do niej swoje trzy grosze. Jego ambicje zawierają się już w samym tytule. "World War Z" ma być horrorem globalnym.

Reklama

Pierwsze kilkanaście minut filmu to w zasadzie wypis najbardziej kanonicznych scen w gatunku. Wzorowa amerykańska rodzina (Brad Pitt, Mireille Enos plus gromadka dzieci) zostaje zaskoczona przez zombie w samym środku ulicznego korku. Tata dociska pedał gazu i rusza samochodem po trupach i przez szpaler żywych trupów; potem jest plądrowanie sklepów w poszukiwaniu resztek zapasów, a jeszcze potem - bieganina po ciemnych korytarzach, ukrywanie się w mieszkaniu przyjaznych ludzi i znów bieganina.

Wreszcie wzorowa amerykańska rodzina zostaje zabrana przez wojskowy helikopter i przetransportowana na lotniskowiec ONZ. Tata nie jest bowiem zwykłym tatą, tylko supertatą - emerytowanym śledczym i surwiwalowcem. W tym momencie film zaczyna rokować całkiem dobrze. Zamiast dalej biegać i barykadować za sobą kolejne drzwi, bohater wsiada do samolotu i rusza w podróż dookoła świata. Jego misją jest poznanie przyczyn zarazy. Z dystansu ogląda wykwitające nad horyzontem grzyby atomowe, szuka resztek cywilizacji, słucha opowieści ocalałych ludzi. Jedna z nich jest naprawdę przezabawna - dowiadujemy się z niej, że władze Korei Północnej powstrzymały plagę, w ciągu doby zmuszając wszystkich swoich obywateli do wyrwania zębów.

Szybko okazuje się jednak, że taki punkt wyjścia dla historii wcale nie reformuje konwencji, tylko pozwala do woli czerpać z jej dziedzictwa. Forster żongluje sceneriami i wątkami. Zmienia zalaną deszczem Koreę na spalony słońcem Izrael, z klaustrofobicznego wnętrza opanowanego przez zombie samolotu przenosi się do antyseptycznego laboratorium, gdzie nieumarłych jest jeszcze więcej. Na zmianę każe swoim bohaterom brać udział w samochodowych rajdach, strzelaninach i pełnych suspensu podchodach.

Forster nieźle inscenizuje kolejne sceny, ale nie umie powstrzymać swojego filmu przed rozpadem. Światową wojną z zombie rządzi chaos - i ten chaos, na dobre i na złe, rządzi też samą opowieścią. Rodzi się z tego niezamierzony slapstickowy żywioł. Chociaż bohater popychany jest z jednego miejsca w drugie niczym kuleczka we flipperze, to zawsze jakoś udaje mu się wyjść cało z opresji i trafić akurat tam, gdzie zmierzał. Pośród nieumarłej entropii, w samym środku zombie-apokalipsy, nikt nie może czuć się bezpiecznie: ani cywile, ani wojskowi, ani nawet sam prezydent Stanów Zjednoczonych; nikt poza Bradem Pittem. Jasnym i pięknym, nieco podstarzałym, ale mającym wciąż szczenięcy urok, empatycznym prawie jak Chrystus.

6/10


---------------------------------------------------------------------------------------

"World War Z", reż. Marc Forster, USA, Malta 2013, dystrybutor: UIP, premiera kinowa: 5 lipca 2013

---------------------------------------------------------------------------------------

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama