Mark Hogancamp (Steve Carell) stał się ofiarą ataku ze strony piątki neofaszystów. Pobitego mężczyznę cudem uratowano, ale po traumatycznym zdarzeniu nigdy nie udało mu się dojść do siebie. W wyniku uszkodzenia mózgu stracił on pamięć oraz zdolności nabyte, między innymi pisania oraz malowania. W dodatku wciąż nawiedzają go wizje jego oprawców. Spokój przynosi Markowi tylko wizyta w tytułowym Marwen.
Nie jest to jednak prawdziwe miasteczko, a jego makieta zbudowana obok domu Hogencampa. Bohater ustawia w nim lalki, które następnie fotografuje. Tak oto tworzy się obrazkowa historia bohaterskiego alter ego Marka i jego codziennych zmagań z nazistami - w Marwen wciąż trwa II wojna światowa. Mężczyzna nie walczy sam. U jego boku stoi pięć lalek reprezentujących najważniejsze kobiety jego nowego życia - opiekującą się nim pielęgniarkę, właścicielkę sklepu z modelami czy... ulubioną aktorkę z produkcji dla dorosłych. Dzięki nim Marwen separuje się od prawdziwego życia - do którego chciałby trochę wrócić, ale za bardzo go ono przeraża.
Koncept dawał wiele możliwości, ale niestety - Zemeckis postanowił pójść najprostszą z nich. W rezultacie "Witajcie w Marwen" to nieznośnie kiczowaty i sentymentalny film o mierzeniu się ze swoimi lękami. Zadziwiające, że reżyser, który sprzedał widzom historię "Forresta Gumpa", teraz wykazuje się brakiem jakiegokolwiek wyczucia. Przejścia ze świata realnego do Marwen wypadają pokracznie. W najgorszym wypadku żenują lub wywołują ataki niekontrolowanego śmiechu - chociażby w scenie nagłego pojawienia się nazisty w filmie erotycznym.
Same przygody Marka w Marwen wypadają w większości nieciekawie. O ile początkowe lądowanie w belgijskiej mieścinie ma w sobie klimat Kina Nowej Przygody, późniejsze potyczki nudzą. Pozostałe wątki wypadają jeszcze gorzej. Niespełniona miłość Marka do swojej nowej sąsiadki Nicole (nieznośnie przesłodzona Leslie Mann) zahacza o wszystkie najgorsze klisze niezręcznych wątków romansowych. Równie nieoryginalne i jeszcze bardziej frustrujące jest starcie bohatera z lalką, reprezentującą jego lęki i uzależnienie od leków przeciwbólowych (Diane Kruger odebrała Johnowi Malkovichowi nagrodę za najgorszą imitację francuskiego akcentu).
Najboleśniejszy jest fakt, że gdzieś tam, pod tymi wszystkimi wadami, kryje się przejmująca historia. Carell w roli Marka robi, co może, ale z prostą i łzawą historyjką oraz skrajnie nienaturalnymi dialogami nawet aktor jego klasy niewiele może zrobić. Jest tu tyle ciekawych wątków, które aż proszą się o rozwinięcie - chociażby seksualne frustracje bohatera (w filmie ledwo zarysowane przez jego powierzchowne relacje z kolejnymi lalkami). A tak zostaje tylko kicz, niezręczności i nuda. Trzymajcie się z daleka od Marwen.
3/10
"Witajcie w Marwen" (Welcome to Marwen), reż. Robert Zemeckis, USA 2018, dystrybutor: UIP, premiera kinowa 1 marca 2019 roku.










