"Wielki Liberace": Queerowy papież amerykańskiej estrady [recenzja]

Najnowszy film Stevena Soderbergha pokazywany był w konkursie głównym na tegorocznym festiwalu w Cannes. Niestety, jury pod przewodnictwem Stevena Spielberga nie doceniło historii Władzia Liberace'a i postanowiło uhonorować Złotą Palmą "Życie Adeli" Abdellatifa Kechiche'a.

Niedługo potem "Wielki Liberace" zgarnął aż jedenaście nagród Emmy (obraz był bowiem telewizyjną produkcją stacji HBO). Postać Władzia Liberace'a uwodzi publiczność i rozpala ją do czerwoności. Wszystko dzięki doskonałej kreacji Michaela Douglesa w roli queerowej gwiazdy i Matta Damona w roli jego seksownego kochanka - Scotta Thorsona.

Reklama

Władzio Liberace pochodził z polsko-włoskiej rodziny. Jego ukochana matka, Frances Żuchowska, była Polką. Muzyk zawsze bardzo mocno podkreślał swoje polskie korzenie. W filmie Soderbergha Liberace w pierwszej kolejności występuje właśnie dla mamy, którą pozdrawia ze sceny. Podobno do używania samego nazwiska jako scenicznego pseudonimu namówił Władzia sam Ignacy Jan Paderewski. Liberace był jedną z najbardziej ekstrawaganckich i popularnych gwiazd amerykańskiej sceny muzycznej drugiej połowy XX wieku. Jego koncerty przypominały barokowe show. Od świecących kostiumów, po bajeczne rekwizyty, samochody na scenie. W trakcie jego występów na scenie bywało naprawdę magicznie.

Soderbergh, "adaptując" biografię Liberace'a, skoncentrował się na jego relacji ze Scottem Thorsonem. W odtworzonym w najdrobniejszych szczegółach "królestwie" queerowej gwiazdy pojawia się młody chłopak znikąd. Z dnia na dzień angażuje się w nowy związek z gwiazdą. Zostaje uwiedziony i sam uwodzi. Liberace to dla niego ikona, od której uzależnia się w mgnieniu oka. I nie chodzi bynajmniej o bogactwo i przepych, które otaczają gwiazdę. Liberace i Scott wydają się być dla siebie stworzeni. Słodką sielankę po latach przerywają karczemne awantury, zbyt dyktatorskie usposobienie gwiazdy i toksyczne uzależnienie. Jak na klasyczny melodramat przystało ta homoseksualna miłość, mimo gorzkiego rozstania, trwa do grobowej deski. Jest wieczna.

W "Wielkim Liberace" można rozkoszować się tym kiczowatym światem ekscentrycznego artysty absolutnego. Można zabawić się w poszukiwanie tych gwiazd popkultury, które do dziś wzorują się na postaci Wielkiego L. Można również dać się uwieść relacji pary mężczyzn, których dzieli praktycznie wszystko, od wieku i statusu materialnego poczynając. Michael Douglas i Matt Damon stworzyli genialne kreacje, obok których po prostu nie można przejść obojętnie.

Po tych wszystkich zachwytach wypada również zwrócić uwagę, że Liberace do końca swoich dni oficjalnie nie zrobił comming outu. Zawsze ukrywał swój homoseksualizm, bał się reakcji ukochanej publiczności. Michael Douglas w roli Liberace'a w tej jednej kwestii przypomina antypatycznego homofoba, republikanina Roya Cohna (Al Pacino) z "Aniołów w Ameryce". Konsekwentnie zaprzecza rzeczywistości - gra swoją heteroseksualną rolę do samego końca.

9/10

---------------------------------------------------------------------------------------

"Wielki Liberace" ("Behind the Candelabra"), reż. Steven Soderbergh, USA 2013, dystrybutor: Gutek Film, premiera kinowa: 29 listopada 2013 roku.

---------------------------------------------------------------------------------------

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

Dowiedz się więcej na temat: \ Film | Liberace

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje