"We Are Your Friends" [recenzja]: Lepsi niż jesteśmy?

​Mieszkają w San Fernando Valley w Kalifornii. Nie poszli do college’u, mieli większe aspiracje. Jednym się udało, inni wciąż zarabiają grosze i nie potrafią się przebić. Na czym polega tajemnica tych pierwszych? Trudno powiedzieć. Potrafią być sobą? Mają talent? A może wiedzą, jak zachować się w towarzystwie i komu postawić drinka?

Wszystko zaczyna sie od ławki pod blokiem... Zac Efron i spółka w "We Are Your Friends"

Debiutujący w roli reżysera Max Joseph (fanom MTV znany z programu "Catfish“) kręci film o chłopakach z aspiracjami. Cole (Zac Efron), Wiewiór (Alex Shaffer), Mason (Jonny Weston) i Ollie (Shiloh Fernandez) nie są nieudacznikami. Wiedzą, czego chcą i walczą o spełnienie marzeń. Idzie im jak po grudzie. To inna sprawa. A może wcale nie? Mają przecież po dwadzieścia kilka lat, popełniają błędy, imprezują, poznają świat i uczą się komunikować - nie tylko ze sobą nawzajem, ale i z własnymi pragnieniami. Na tym polega dojrzewanie, a "We Are Your Friends“ to przecież film inicjacyjny. I jako taki ma typowe dla swojego gatunku zalety i wady.

Film Josepha tętni energią i to bez wątpienia jego plus. Kolejnym jest zniuansowana kreacja aktorska Wesa Bentleya. Aktor, którego jednym z największych osiągnięć pozostaje rola Rickiego Fittsa w "American Beauty“ Sama Mendesa (1999), w "We Are...“ wciela się w postać DJ-a zmagającego się z kryzysem wieku średniego. Taki bohater mógłby być komiczny, w gruncie rzeczy jest uszyty z zestawu ładnie dobranych klisz - wczesny sukces, dużo pieniędzy, piękny dom w LA i młoda dziewczyna w roli ponętnej asystentki u boku (Emily Ratajkowski). Bentleyowi udaje się jednak ochronić swoją postać przed śmiesznością. James Green, legendarny DJ, który zjeździł pół świata, jest snobem i to czyni z niego postać ciekawą, dobrze skontrastowaną z niewinnym Colem, który trafia pod jego skrzydła. Chłopak miał szczęście - wiedział, z kim zapalić papierosa i w czyim domu obudzić się po imprezie.

Reklama

Zderzenie takich bohaterów jak on i James zawsze niesie ze sobą duży potencjał. Walkę mistrza z uczniem z jednej strony napędzaną świeżą energią, z drugiej wieloletnią frustracją świetnie wykorzystał Damien Chazelle w filmie "Whiplash“ (2014). Joseph nie przeskoczyłby postawionej przez niego poprzeczki. Bardzo się starał, ale popadł w wiele stereotypów. Za sprawą znajomości z Jamesem Greenem aspirujący do roli DJ-a Cole wpada na głęboką wodę. Będzie musiał wybrać, czy woli uczciwość i wiarę we własny talent, czy pozycję celebryty, za którą płaci się wysoką cenę składając w ofierze dumę, przyjaciół i moralność. Sytuację między mężczyznami naturalnie skomplikuje też ponętna Sophie (Ratajkowski). Erotyczny trójkąt, kwestia zdrady i idea wierności to jednak najsłabsze elementy historii. Banalne, rozwijające się w mocno przewidywalny sposób.

"We Are Your Friends“ ogląda się najlepiej, kiedy zamiast słów w sali kinowej rozbrzmiewa głośna muzyka. To historia, w której liczy się twórczość. Poznawanie świata jest potrzebne tylko po to, żeby móc oddawać jego charakter w kompozycjach - elektronicznych, organicznych, namiętnych i uczciwych. Dla DJ-a liczy się czasem jeden kawałek. Jeśli poniesie tłumy, otworzą się przed nim dziesiątki drzwi. Cole o tym wie i póki nie rozumie, co jest dla niego w życiu najważniejsze, ta wiedza go blokuje. Myśl o wybitnym dziele zaciska się na jego szyi jak pętla. Wszystkie banalne momenty w filmie Josepha skłaniają go jednak do tego, by odpuścił i wsłuchał się w świat wokół siebie. Muzyk musi coś przeżyć, by komponować; tak jak pisarz, by mógł pisać. To podstawowa zasada. Josephowi wystarcza. Nastolatkom też powinna.

6/10

"We Are Your Friends", reż. Max Joseph, USA 2015, dystrybutor: Monolith Films, premiera kinowa: 28 sierpnia 2015


Dowiedz się więcej na temat: We Are Your Friends

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje