Reklama

"W lesie dziś nie zaśnie nikt": Pollywood [recenzja]

Julia Wieniawa w filmie "W lesie dziś nie zaśnie nikt", fot. Michał Chojnacki /Akson Studio /materiały prasowe

Trudno było nie obawiać się o losy "W lesie dziś nie zaśnie nikt". Pierwszy polski slasher? W obsadzie młode gwiazdy Julia Wieniawa i Wiktoria Gąsiewska? Za sterami reżyser, którego debiut "Plac zabaw" równie mocno wstrząsnął, co podzielił? Te informacje ekscytowały, ale też napełniały niepokojem. Niech pierwszy rzuci kamieniem, ten kto od początku był przekonany, że się uda... Jeśli jednak kiedykolwiek znajomy-maruda rzuci znów, że "w Polsce to się nie robi takich filmów jak w Ameryce", pokażcie mu dzieło Bartosza M. Kowalskiego. Polacy zrealizowali bowiem horror, którego nie powstydziłaby się żadna hollywoodzka wytwórnia.

Główny motyw jest dokładnie tak prosty, jak należy w tego typu produkcjach. Obóz offline, na którym grupa młodych ludzi musi porzucić wszystkie swoje urządzenia mobilne. Niezmierzone hektary barwnego, swojskiego lasu. I oczywiście - tajemniczy rzeźnik, który mordowanie młodzieży traktuje gdzieś na pograniczu hobby i obowiązku. Pod wodzą doświadczonej przewodniczki (Gabriela Muskała), niezbyt zaangażowanego księdza (Piotr Cyrwus) i natchnionego harcerza (Wojciech Mecwaldowski) młodzi mają odetchnąć od cywilizacji i nawdychać się świeżego powietrza, tak by starczyło im na kolejny rok życia w zatłoczonej stolicy. Niespodziewanie w środku lasu tajemnicze "coś" rozpoczyna swój żer - żer, w którym równie bezbronnymi ofiarami są nastolatkowie, jak i dorośli. Pozbawieni zbawczej mocy współczesnych technologii, muszą wypracować analogowe rozwiązania na poradzenie sobie z (dużym!) problemem. I tak w ruch idą maczety, dubeltówki, a nawet... rozdrabniarka.

Reklama

Twórcy "W lesie dziś nie zaśnie nikt" nie owijają w bawełnę. Od pierwszej minuty mówią wprost, z jakim kinem mamy do czynienia. A jest to kino popcornowe, wyzwolone i... bardzo krwawe. Ikonografia w komplecie, począwszy od ponurych zdjęć z przeszłości po mroczne piwnice, piątka stereotypowych nastolatków przygotowana do sieczki, a wszyscy po drugiej stronie kamery świadomi, że film Kowalskiego nie ma nic wspólnego z głębokim psychologicznym dramatem, jakim był jego debiut - "Plac zabaw". To przede wszystkim rozrywka, której głównym zadaniem jest zapewnić widzowi półtorej godziny świetnej zabawy. Dzięki tej świadomości, twórcy realizują dzieło, które spełnia zarówno to zadanie, jak i wszelkie gatunkowe założenia, a do tego przekracza granice konwencji - jest zabawne, autoironiczne, zrobione z jajem.

W pierwszym polskim slasherze, jak reklamuje film dystrybutor, nie brakuje mocnych momentów i naprawdę brutalnych scen - do widoku flaków pod koniec seansu będziecie przyzwyczajeni, obcięte kończyny nawet nie będą Was wzruszać. Równocześnie roi się tu od fenomenalnych, komediowych epizodów w wykonaniu wybitnych polskich aktorów - od Wojciecha Mecwaldowskiego, przez Piotra Cyrwusa, aż po Olafa Lubaszenkę. Zaskakująco dobrze radzą sobie także młode gwiazdy: świetnie sprawdzająca się jako główna protagonistka Julia Wieniawa, pełna kusicielskiej energii Wiktoria Gąsiewska czy kradnący ekran Michał Lupa jako "typowy nerd".

Z tych wszystkich zalet najbardziej cieszy jednak to, że "W lesie dziś nie zaśnie nikt" to film zrealizowany przez ludzi znających gatunek na wylot. Ba! W scenie, która prawdopodobnie już niedługo stanie się kultowa, jeden z bohaterów sam opisuje reguły slashera, których ofiarą wkrótce padnie. Dodajcie do tego naprawdę dobre efekty specjalne (!), scenografię czy charakteryzację, a otrzymacie horror, jakim nie pogardziłby Jason Blum. Świetnie zrealizowany i błyskotliwy, w którym każdy element gra na wynik całości. Fakt, usilnie trzymający się klasycznego schematu, ale... komu by to przeszkadzało, jeśli ten schemat wciąż się sprawdza?

W całej swojej "amerykańskości", "W lesie dziś nie zaśnie nikt" nie traci swojskiego klimatu. To polski film osadzony w polskiej rzeczywistości. Bohaterowie, choć prości, są ludźmi z krwi i kości (co zresztą niejednokrotnie można zobaczyć "od środka"), mają swoje bolączki i potrafią skomentować otaczającą ich rzeczywistość. A nad wszystkim wisi cień ironii, który pokazuje jak bardzo wciąż jesteśmy w Polsce na pewne kwestie pozamykani. Wierzę jednak, że dzięki takim filmom jak "W lesie dziś nie zaśnie nikt" wkrótce się to zmieni - i że kolejni producenci uwierzą po seansie, że nawet u nas da się realizować porządne kino gatunkowe. Film Bartka M. Kowalskiego to trzeci po głośnych "Demonie" i "Wilkołaku" horror ostatnich lat, który odkrywa nowe oblicze polskiego kina. A jeśli doczekaliśmy w końcu polskiej odpowiedzi na "Teksańską masakrę piłą mechaniczną", chyba następne w kolejce jest "Lśnienie", prawda?

8/10

"W lesie dziś nie zaśnie nikt", reż. Bartosz M. Kowalski, Polska 2020, premiera: Netflix, 20 marca 2020 roku.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: W lesie dziś nie zaśnie nikt

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje