Reklama

"Trzy tysiące lat tęsknoty": Melancholijna przypowieść o samotności [recenzja]

Idris Elba i Tilda Swinton w filmie "Trzy tysiące lat tęsknoty" /materiały prasowe

Kiedy w kręgu kinomanów pada imię i nazwisko George'a Millera, w większości przypadków skojarzenie jest jedno - seria "Mad Max". I trudno się dziwić, bo to dzięki szalonemu Maksowi Miller wszedł do historii kina. Co z tego, że podpisał się też pod takimi hitami, jak "Czarownice z Eastwick", "Olej Lorenza" czy chociażby druga część familijnej opowieści "Babe: Świnka w mieście". Zawsze łączony będzie z tytułem "Mad Max". Wiele przemawia za tym, że nie zmieni tego jego najnowszy obraz, czyli "Trzy tysiące lat tęsknoty" z Tildą Swinton i Idrisem Elbą. Produkcja, której fani opus magnum Millera mogą nazbyt entuzjastycznie nie przyjąć.

"Trzy tysiące lat tęsknoty": Baśn, komiks, widowisko? Wszystko z rozmachem!

Tym razem George Miller, reżyser i współscenarzysta w jednym, odpuszcza dzikość, furię oraz szaleństwo, odchodząc w bardziej nostalgiczne, duchowe, egzystencjalne wręcz rejony. Oczywiście, aby rzecz całą ubarwić, nadać jej pewnego rozmachu i cech widowiska, sięga po elementy baśni czy komiksu. I to dosłownie, gdyż "Trzy tysiące lat tęsknoty" opowiadają o Dżinie. Tak, tym legendarnym Dżinie z lampy. Tym razem przywołuje go przypadkiem Dr Alithea Binnie (w tej roli Tilda Swinton), która zawodowo zajmuje się analizowaniem starożytnych podań i baśni.

Reklama

I tu rodzi się problem, gdyż nasz umęczony tak długą egzystencją, w większości zamkniętą w butelce, Dżin bardzo by chciał, aby życzenia padły szybko, prosto z serca i były dokładnie trzy. Co zrobić jednak, kiedy konsekwencje takiej nonszalancji są zbyt dobrze znane Dr Alithei. Zbyt wiele w życiu przeczytała, poznała aż nadto podań i opowieści, aby teraz się z tym spieszyć czy w ogóle ulegać takiej pokusie. Dlatego Dżin podejmuje się opowiedzieć jej swoją historię, pełną emocjonalnego cierpienia, pasji i namiętności, a w konsekwencji życiowej porażki.

"Trzy tysiące lat tęsknoty": Swinton i Elba - nietypowa para bohaterów

Każdy utwór podlega interpretacji, dlatego naturalnym pytaniem jest, o czym to było, jest albo powinno być? W przypadku najnowszego filmu George’a Millera tym bardziej trudno o to nie zapytać. Jako widzowie otrzymujemy historię dwojga samotnych, przegranych postaci, które finalnie stają się ostatnią dla siebie szansą na szczęście, wewnętrzne ukojnie, jakąś harmonię w życiu.

W przypadku Dr Alithei, granej jak zawsze na swoim wysokim poziomie przez Tildę Swinton, sprawa jest o tyle skomplikowana lub nie, że jej życie to akurat już spokojna, uporządkowana prosta. Już dawno porzuciła mrzonki o uczuciach, podporządkowując wszystko intelektowi. Inteligencja jako remedium na emocje i uczucia? Jakie to naiwne i zwodnicze - wydaje się komunikować Miller. Człowiek bez tej sfery duchowej jest i zawsze będzie nieszczęśliwy, samotny, pusty w środku - dopowiada.

Z drugiej strony Dżin, w którego znakomicie wciela się Idris Elba, jest osobowością pełną namiętności, wręcz niepoprawnym romantykiem, gotowym dla miłości samemu zamknąć się w lampie lub butelce i pogrążyć w otchłani zapomnienia. Co za ironia losu, jaka to ślepa uliczka - wydaje nam znów podpowiadać twórca rozpędzonego i niepowstrzymanego Mad Maksa. I nawet trudno nie przyznać mu racji, gdyby tylko film mógł bardziej angażować, pochłaniać uwagę widza, dawać nieco więcej satysfakcji z serwowanego przekazu.

"Trzy tysiące lat tęsknoty": Coś poszło "nie tak"

Przykro to pisać, ale coś poszło "nie tak". O ile jeszcze, przynajmniej dla piszącego te słowa, wydarzenia na ekranie łączą się bez przymusu z uwagą oglądającego - kiedy Dżin snuje swoje trzy biograficzne historie - o tyle w momencie wypowiedzenia przez Dr Alithę życzenia, fabularnie niniejsza realizacja właściwie się kończy. To, co powinno być wisienką na torcie, podnoszącym temperaturę, emocjonującym trzecim aktem, jakimś efektownym, trzymającym w napięciu finałem - nie następuje.

Temperatura spada proporcjonalnie do ekranowej geografii, kiedy z Bliskiego Wschodu lądujemy w Londynie. Wszystko co miało treść, ekspozycję i barwną oprawę zawarte jest w opowieściach Dżina. Kiedy ten kończy, kończy się wszystko, co ciekawe w tej filmowej historii. Tak to sobie George Miller wymyślił, tak to poprowadził i w takiej postaci oddał nam widzom. Efekt jest umiarkowany. Bywa.

Co nie znaczy, że obraz nie trafi do widzów. To nie jest zły film, ma on swój urok, pewien uniwersalny przekaz, swoją magię. Już sam duet - Tilda Swinton i Idris Elba - stanowi wartość samą w sobie. Czuć między nimi wyraźną chemię. A że narracyjnie Miller wyraźnie zwolnił? Po czymś tak energetycznym, jak ostatni z filmów o Mad Maksie, trudno się dziwić, że potrzebował chwili na złapanie oddechu.

"Trzy tysiące lat tęsknoty" są melancholijną przypowieścią o samotności. Szansą na moment, aby się zatrzymać, coś sobie poukładać w tym nie zawsze idealnym życiu i iść dalej. Mimo wszystko warto teraz poczekać na - miejmy nadzieję gorącą, ostrą i niezatrzymującą się - "Furiosę".

6/10

"Trzy tysiące lat tęsknoty", reż. George Miller, USA 2022, USA/Australia 2022, dystrybutor: Monolith Films, premiera kinowa: 9 września 2022 roku.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Trzy tysiące lat tęsknoty

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL