Reklama

Superzły

"Megamocny", reż. Tom McGrath, USA 2010, dystrybutor: UIP, premiera kinowa: 6 stycznia 2011

Redefiniowania superbohaterstwa ciąg dalszy. ''Megamocny'' jest kolejnym, po licznych aktorskich (patrz: ''Kick-Ass'') i nie mniej licznych animowanych (patrz: ''Iniemamocni'') autotematycznym obrazem, próbującym określić status herosów o komiksowym rodowodzie we współczesnym kinie.

Reklama

Zaczyna się znajomo. Błękitnogłowe niemowlę z odległej galaktyki zostaje umieszczone w kapsule i wyeksportowane w przestrzeń kosmiczną. Jeszcze w czasie lotu poznaje przyszłego przeciwnika - swoje przeznaczenie, z którym przyjdzie mu rywalizować całe przyszłe życie na Ziemi. Kapsuła tytułowego bohatera ląduje w pace, pośród recydywy, kapsuła przeciwnika - w willi zamożnych, ''dobrych'' ludzi. Wychowanie zdeterminuje ich przyszłość.

Już jako dorośli - Megamocny (w polskiej wersji mówiący głosem Tomasza Borkowskiego) i Metro Man (Marcin Dorociński) staczają odwieczny pojedynek Zła z Dobrem w - znowuż dziwnie swojskim - Metrocity. ''Ofiarą'' starć dwójki kosmitów najczęściej pada Roxanne Ritchi, dziennikarka - bo jakżeby inaczej - telewizyjna, śmiertelnie znudzona w równej mierze konwencjonalnymi porwaniami Megamocnego, jak i wyświechtanym zestawem ''ratunków w ostatniej chwili'' Metro Mana. Ale oto podczas jednego z podręcznikowych bojów o Roxie coś idzie nie tak i Megamocny, miast standardowo trafić za kratki, pokonuje swoją jasną stronę. Miasto bez superbohatera pogrąża się w chaosie, ale równie pogrążony wydaje się być sprawca całego zamieszania. W toku egzystencjalnych refleksji Megamocny wpada na pomysł stworzenia i wyszkolenia nowego herosa.

''Megamocny'' to jeszcze jedna próba rozciągania, rozpinania, ale także - redukowania kinowego etosu superbohaterskiego. Głównym odwołaniem - co nietrudno przyuważyć już w powyższym streszczeniu - jest ''Superman'' Richarda Donnera. Jeden z pierwszych superhero flicks - niby klasyk, ale dziś już przestarzały i trącący myszką - staje się solidną bazą do opowiedzenia nie-tak-znowu-klasycznej historii walki Dobra ze Złem. Role prędko się tutaj zmieniają, charaktery tasują, każda ze stron pokazuje kilka oblicz, a konwencje, którymi naszpikowany jest scenariusz, niejednokrotnie zostają rozbite.

Film powstał w wytwórni DreamWorks, a więc w macierzy Shreka. Podobna jest tutaj metoda postmodernistycznej, utkanej z licznych odwołań do popkultury zabawy (do wymieniania wszystkich cytatów nie starczyłoby tu miejsca, poprzestanę więc tylko na przytoczeniu postaci Miniona, który wygląd zawdzięcza tytułowemu Robot Monster, bohaterowi uroczego science-fiction Phila Tuckera z 1953 r.), podobna też konstrukcja protagonisty.

Megamocny jest do pewnego stopnia kolejną inkarnacją Shreka: od początku chce być dobry, ale warunki fizyczne, otoczenie i szereg czynników powodują, że jest brany za ''potwora''. Jednak postać z filmu McGratha postanawia wykorzystać to, co działa na jego niekorzyść, i zamiast ''superhero'' staje się ''superbad''. I właśnie w możliwości takiego wyboru - oraz niepotępianiu go do końca (mimo, że - jak to we wszystkich filmach B/O - Dobro musi zwyciężyć) upatruję największą, przewrotną siłę ''Megamocnego''.

6,66/10

Nie wiesz, w którym kinie możesz obejrzeć film "Megamocny"? Sprawdź repertuar kin w swoim mieście!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Tom | USA | Tom McGrath

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje