Reklama

Starcie? Gdzie tam! Krótkie spięcie!

"Starcie Tytanów" ("Clash Of The Titans"), reż. Louis Leterrier, USA 2010, dystrybutor Warner Bros., premiera kinowa 9 kwietnia 2010 roku.

Era kina trójwymiarowego musi jeszcze poczekać na swoje złote lata. Po rewelacji w postaci ''Avatara'' i półproduktu ze stajni Burtona, dostajemy film, podczas seansu którego kolorowe okulary stają się zupełnie zbędnym, ciążącym na nosie gadżetem. Wystrzegajcie się ''Starcia Tytanów'' w 3D!

Reklama

Kiedy wspominam seans pierwszego, klasycznego już ''Starcia tytanów'' (1981) w reżyserii Desmonda Davisa, po dziś dzień ciarki mnie przechodzą na myśl o wykreowanych w tym dziele potworach, przede wszystkim - napawającej trwogą wszystkich mężczyzn - Meduzie. Ekipa pod przewodnictwem producenta i speca od F/X-ów, Raya Harryhausena, stworzyła tam zapadającą w pamięć galerię monstrów. W remake'u ''Starcia...'' autentyczne, poklatkowo animowane stwory zostały zastąpione ich CGI-owymi odpowiednikami.

Nie, żebym miał coś przeciwko cyfryzacji efektów specjalnych, ale podczas seansu towarzyszyło mi wrażenie, że stworzone na potrzebę filmu olbrzymy przypominają raczej wielkie owady z ''Żołnierzy kosmosu'' Verhoevena (1997!) niż najnowsze zdobycze techniki. W produkcji, w której punktami kulminacyjnymi są walki śmiertelników z mitologicznymi potworami, drugorzędna jakość wykonania scen niszczy wrażenie realności (przesłonięty grafiką komputerową, niewidoczny green screen zaczyna być bardziej ''dostrzegalny'') oraz psuje efekt projekcji-identyfikacji. Żeby jeszcze przynajmniej dramaturgia była na poziomie i poszczególne sceny trzymały w napięciu. Niestety, i w tych aspektach obraz Louisa Latteriera zgrzyta. Dopiero pod koniec batalii z przerośniętymi skorpionami zorientowałem się, że jest ich więcej niż jeden. Moja nieuwaga czy niezdarna reżyseria? Obawiam się, że to drugie.

Latterier, kręcąc nowych ''Tytanów'', chciał połączyć w jednym ''Władcę Pierścieni'', ''300'' i jeszcze kilka kasowych widowisk. ''Starcie'' nie posiada jednak mitologicznej, ufundowanej na archetypicznych postaciach, siły ekranizacji Tolkiena, brakuje mu też ideologicznego dna i brutalnej poezji filmu Snydera. Reżyser, dysponując ogromnymi środkami finansowymi i możliwościami techniki, miał w rękach materiał na trzygodzinny epos. Akcja gna jednak z prędkością światła, sceny zmieniają się z teledyskową prędkością, jedna za drugą, i w efekcie otrzymujemy produkt skrojony pod przeciętny, multipleksowy metraż i zdolności percepcyjne dwunastolatka. Zamiast potężnego starcia, krótkie spięcie. Szkoda.

Wszystko to mogło by być, w pojedynkę czy wespół, gwoździem do trumny filmu. Gdzieś w połowie zorientowałem się jednak, że bijące z ekranu niedorzeczności, uproszczenia, i - zwyczajnie - głupota tego dziełka, mogą być całkiem zabawne. Zacząłem żałować, że pod pachą, oprócz notatnika i czegoś do pisania, nie wziąłem ze sobą puszki napoju rozprężającego. Albo paru puszek. Z takim asortymentem można pewnikiem spojrzeć na bezpretensjonalnych ''Tytanów'' przychylniejszym okiem.

O prawdziwym fiasku stanowi jednak konwersja filmu do formatu 3D. Producenci musieli przeczuwać, że wyłożyli pieniądze na uroczego - ale jednak - gniota, więc śniąc koszmary o klapie finansowej, celem zabezpieczenia dokonali szybkiego przekształcenia większej ilości kopii do trójwymiarowego kształtu (wiadomo - bilety na seanse 3D są znacznie droższe). Nakręcony tradycyjną techniką film, nie zyskuje nic poprzez sztuczne rozproszenie obrazu. Zawód jest tak wielki, że w po kilku minutach seansu można bez większych strat ściągnąć niewygodne okulary. Jeżeli więc ''Starcie Tytanów'' ma przynieść jakąkolwiek satysfakcję, to trzeba je zobaczyć w tradycyjnych kinowych warunkach.

4/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: krótka | louis | starty | starcia | Warner Bros. | spięcie | starcie | Tam

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje