Reklama

Shahrukh Khan przemienia USA

"Nazywam się Khan" ("My Name is Khan"), reż. Karan Johar, Indie 2010, dystrybutor Imperial - Cinepix, premiera kinowa 23 kwietnia 2010 roku.

Na Bollywood należy patrzeć innymi kategoriami, dlatego "Nazywam się Khan" oceniać będę inaczej. Najnowsza produkcja Korana Johara, który podbił Polskę filmem "Czasem słońce, czasem deszcz" ma w sobie wszystko to, co kochamy w Bolly (prócz radosnych tańców czy piosenek). Jest Shahrukh, Kajol, są łzy, jest śmiech, w końcu odrobina fabularnego nonsensu. Zaskakuje mały pstryczek w nos administracji Busha, ukłon w stronę Obamy. Wyprodukowany przez firmę Johara Dharma Production przy wsparciu amerykańskich studiów, "Nazywam się Khan" to dowód na to, że Hollywood i Bollywood się łączą. Obie strony wyczuły w tym dobry interes.

Reklama

Gdy rok temu w oscarowy wieczór triumfował "Slumdog. Milioner z ulicy" Danny'ego Boyle'a, krytycy musieli stawić czoła prostemu faktowi: Bollywood wchodzi na salony. Dość komercyjne, ale jednak. Zachodnie kino inspiruje się estetyką z Bombaju (casus "Mamma Mia!" czy "Moulin Rouge"), ale i Bollywood myśli o coraz większej rzeszy zagranicznych odbiorców nie tylko w hinduskich diasporach. Stąd obserwowana w ostatnich latach zmiana w stylistyce filmów, zmiany fabularne, podejmowanie coraz odważniejszych, jak na induskie produkcje, problemów.

W tendencję tę wpisuje się również najnowszy film Johara. Choć 38-letni twórca z Bombaju na swoim koncie ma jedynie cztery filmy, to każdy okazał się hitem ("Nigdy nie mów żegnaj" czy "Coś się dzieje").

Rizvan Khan (Shahrukh Khan) cierpi na syndrom Aspergera. Boi się koloru żółtego, lęk wywołuje w nim również hałas, nie umie wyrażać emocji. Po śmierci matki jedzie do swojego młodszego brata do San Francisco, gdzie poznaje Mandrine (Kajol), matkę 6-letniego Sama, którą w wieku 22 lat opuścił mąż. Rizvan, muzułmanin żeni się z Mandrine, hinduską (podobno wątek oparty na książce "An Asperger's Marriage"). Rodzinną idyllę przerywają wydarzenia z 11 września 2001 roku. Potem jest już wszystko: prześladowania muzułmanów, Bush i Obama, huragan Georgiana, powódź, wojna w Afganistanie i Iraku, czyli Ameryka ze wszystkimi swoimi turbulencjami ostatniej dekady. Schorowane społeczeństwo uleczyć może Bollywood, a dokładnie Sharhukh Khan - Rizvan.

Trudno nawet zarysować fabułę niemal trzygodzinnego filmu o podróży Khana do amerykańskiego prezydenta, któremu zamierza powiedzieć: "My name is Khan and I'm not a terrorist". Historia Rizvana to bollywodzki "Forrest Gump" połączony z "Rain Manem". Wzrusza już sama postać głównego bohatera. Jednak magia "Nazywam się Khan" polega na tym, że po oswojeniu się z konwencją, wszelkie nonsensy czy absurdy bawią, ale nie irytują. To melodramat czystej krwi (taśmy?): odrobina śmiechu, dużo łez oprawionych w muzykę, która ma dodatkowo spotęgować wzruszenie. Można to lubić lub nie. Kto lubi, z pewnością się nie zawiedzie zwłaszcza, że Johar ponownie sięga po swój ulubiony duet Khan-Kajol, a Sharhukh jako chory na syndrom Aspergera gra wyśmienicie.

Zaskakuje mocniejszy niż w poprzednich filmach Johara polityczny i społeczny akcent z pacyfistyczną wymową, że na świecie są tylko dobrzy i źli ludzie bez podziału na religię czy narodowości. Wątek napięć między islamistami a hindusami w latach 80. XX wieku w Indiach, następnie ataki terrorystyczne na WTC i wzrastająca nietolerancja, w końcu rasizm amerykańskiego społeczeństwa potęgowany histerią wojny w Afganistanie czy Iraku, krytyka administracji Busha i huragan Georgiana - Katrina. Na koniec Obama, który okazuje się niemal aniołem wybawienia.

Bollywood lubi rozmach, więc w "Nazywam się Khan" jest wszystko. I choć śmieszyć może Sharhukh przedzierający się do zalanej wioski Georgiany (lepiej nie zadawać pytania, gdzie pomoc służb ratowniczych) wyglądającej jak z głębokiego amerykańskiego południa w XIX wieku (w rzeczywistości nakręcony w czasie suszy w Bombaju), to i tak się wzruszamy. Złapiemy się za głowę, gdy pojawi się Bush i Obama, a Rizvan będzie się do nich dzielnie przedzierał w towarzystwie patetycznej muzyki. Ale czy patosu nie ma w amerykańskich produkcjach? Bollywoodzki patos jest jednak tym, czego pewnie Hollywood nigdy nie osiągnie. Popularne kino Bombaju wypracowało sobie przez dziesięciolecia pewną z góry ustaloną konwencję, bardzo pojemną i otwartą na zmiany, nowe gatunki czy problemy, którą podaje z niezwykłym, urzekającym wdziękiem. Warto mu ulec, zwłaszcza gdy czaruje Karan Johar wespół z Shahrukh Khanem i Kajol.

6/10

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Barack Obama | bollywood | USA
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy