Reklama

Reklama

"Saint Laurent" [recenzja]: Powrót wizjonera

Złośliwi mówią, że trudno nadążyć za kolejnymi filmowymi biografiami tego światowej sławy projektanta. Od kilku lat francuscy filmowcy prześcigają się w tworzeniu kolejnych "obrazów" z życia wizjonera mody.

Najpierw był film dokumentalny "Szalona miłość - Yves Saint Laurent" zrealizowany przez Pierre'a Thorettona (2010). Potem dość tradycyjny film fabularny "Yves Saint Laurent" w reżyserii Jalila Lesperta (2014). I w końcu "Saint Laurent" Bertanda Bonello, który miał być filmem najbardziej eksperymentalnym i awangardowym (konkurs główny festiwalu w Cannes).W filmie Bonello nie chodzi już bowiem o opowiedzenie biografii, którą publiczność powinna już doskonale znać, ale o stworzenie nowej legendy geniusza, który wymyka się tradycyjnym wzorcom opowiadania.

Reklama

W "Saint Laurent" twórcy skoncentrowali się przede wszystkim na przełomie lat 60. i 70., kiedy YSL było już szanowaną i bardzo drogą marką, a Yvesa uznawano powszechnie za modowego geniusza, który działa na pograniczu sztuk. Bonello opowiada równolegle o życiu osobistym projektanta, wplatając w nie życie zawodowe. Jego bohater to człowiek, który zbyt szybko osiągnął wszystko, co skutkuje ciągłymi próbami poszukiwania kolejnych przygód i chęci przekraczania kolejnych granic. Do końca lat 60. życie i praca kreatora były poukładaną i kontrolowaną przez innych strukturą. Na początku lat 70. zapanował chaos.

Bonello reaguje na tę zmianę w życiu swojego bohatera mieszając czas akcji - skacząc z przyszłości w przeszłość. Yves w filmie reżysera genialnego "Apollonide. Zza okien domu publicznego" ma twarz zarówno młodego, pełnego życia Gasparda Ulliela, jak i schorowanego Helmuta Bergera, który pojawia się na ekranie także we fragmencie filmu Luchino Viscontiego "Portret rodzinny we wnętrzu". Momentami wizjoner staje się absurdalną, zależną od wszystkich figurą, aby w końcu przybrać maskę uwodziciela i mściciela, który jest w stanie zaryzykować bardzo dużo tylko po to, żeby zaspokoić swoje namiętności.

Najciekawszym wątkiem w "Saint Laurent" staje się bowiem temat relacji miłosnych i seksualnych w życiu projektanta. Z jednej strony uzależnienie od życiowego partnera, opiekuna, także w życiu zawodowym, Pierre'a Berge'a (Jeremie Renier). Z drugiej - romantyczna miłość do Jacques'a (Louis Garrel), która bynajmniej nie przypomina klasycznego melodramatu. Prześwietlając tę miłosną relację Bonello wręcz odtwarza klimat "branżowych" imprez lat 70., francuskich pikiet i gejowskich klubów. Za pomocą biografii mistrza wizualizuje zapomniany świat mniejszości homoseksualnych jeszcze przed epidemią AIDS. Chociażby dlatego warto zobaczyć jego film.

Niestety, wszystkie pieczołowicie odtworzone elementy świata wielkiego Saint Laurenta, eksperymenty narracyjne, formalne wariacje na poziomie obrazu, szczegółowa i fenomenalna scenografia, fantastyczne kostiumy - to nie wystarcza, żeby film Bonello zachwycał. Ponad 2-godzinna podróż po biografii YSL staje się momentami piekielnie nudna, wydumana i - co najgorsze - patetyczna. Wizjoner odchodzi niczym współczesny święty a w jego odbrązowieniu nie pomaga nawet ekscentryczny Helmut Berger. Legenda pozostaje niezmienna.

5/10

---------------------------------------------------------------------------------------


"Saint Laurent", reż. Bertrand Bonello, Francja 2014, dystrybutor: Kino Świat, premiera kinowa: 12 grudnia 2014

--------------------------------------------------------------------------------------

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

Chcesz poznać lepiej swoich ulubionych artystów? Poczytaj nasze wywiady, a dowiesz się wielu interesujących rzeczy!

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: życia

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy