Reklama

Poskromienie rozpustnicy

"Ilu miałaś facetów?", reż. Mark Mylod, USA 2011, dystrybutor: Imperial-Cinepix, premiera kinowa: 4 listopada 2011

Ally spała w życiu z dwudziestoma facetami i czuje się z tego powodu szmatą. Jej koleżanki i krewne dojrzewają, biorą ślub, zachodzą w ciąże i wiją sobie gniazdka, a ona wciąż żyje jak studentka: codziennie rano budzi się w zagraconej kawalarce obok nowego partnera, który otworzywszy tylko oczy, pospieszne wciąga spodnie i odchodzi, rzadko zostawiając numer telefonu.

Reklama

Ally postanawia, że nie będzie już zwiększała swoich miłosnych statystyk, a w jej małym blond rozumku najlepszym sposobem na to wydaje się powrót do jednego z byłych kochanków. Impulsem do takiej decyzji staje się dla niej test, który znajduje w kobiecym magazynie. Oto ślepy zaułek seksualnej rewolucji - wolna miłość opakowana w śliskie, pełne kolorowych zdjęć strony, spacyfikowana, włączona w machinę komercji i sprzedana jako coś równie potrzebnego każdej dziewczynie co nowe perfumy.

Współczesne kino nieustannie zdaje raport z tego pyrrusowego zwycięstwa. Bohaterowie następnych części "American Pie" lub seriali pokroju "Californication" starają się wieść życie na miarę hip-hopowych alfonsów, ale wciąż wybijają sobie zęby o potrzebę stabilizacji. Komedia romantyczna "Ilu miałaś facetów?" również wychodzi od promiskuizmu, aby stopniowo zawracać w stronę konserwatyzmu. Brak tu jednak czegokolwiek, co pozwoliłoby uwierzyć w przemianę bohaterki, żadnej psychologicznej prawdy, głodu prawdziwych emocji. Jej spotkania z kolejnymi "ex" nie stanowią punktu wyjścia dla żadnej introspekcji - są tylko średnio śmiesznymi skeczami.

Najbardziej nieudana wydaje się tutaj próba pogodzenia historii o dojrzewaniu z wezwaniem do samoakceptacji. Ali przestaje się puszczać, ale kończy u boku mężczyzny, który wiódł równie rozrywkowe życia co ona - znaczy się: rozumie ją i bierze z całą jej przeszłością. Może bardziej sprawni twórcy sprawiliby, że wyglądałoby to wiarygodnie, jednak w tym wypadku całość przypomina zlepek hasełek z... tak, kolejnego kobiecego pisma. Sam film jest natomiast zlepkiem "rom-komowych" standardów, ze sceną nietuzinkowej randki na czele, w czasie której para włamuje się do opustoszałego stadionu i gra w "rozbieraną koszykówkę". Pomysł to równie głupi co niebezpieczny - jeśli ktoś próbowałby zaliczyć za jego pomocą chociażby jedną dziewczynę, to miałby duże szanse umrzeć jako prawiczek.

Jedyną kropelką radości w tym złym i sztampowym filmie jest wcielająca się w główną bohaterkę Anna Faris. Nie jest to aktorka wybitna, ale sympatyczna i charakterystyczna - wciąż zachowuje się jak pijany walerianą kociak, szarżuje, krzyczy i robi głupie miny. Nadal ma w sobie coś ze słodkiej licealistki, jednak za kilkanaście lat powinna być świetną kandydatką do ról wesołych alkoholiczek, podstarzałych dresiar lub burdelmam. Jeszcze może kiedyś przestanie grać w półproduktach pokroju "Ilu miałaś facetów?".

3,5/10


Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: USA | Mark Mylod

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama