Reklama

"Oni" [recenzja]: Kto z kim przestaje, takim się staje

Kadr z filmu "Oni" /materiały prasowe

Silvio Berlusconi jest wciąż interesujący jako zjawisko polityczne, ponieważ jako przywódca państwa zachowywał się po prostu bezwstydnie. Ten rodzaj wulgarnego zachowania odziedziczył po nim Paolo Sorrentino. Lista przewinień nie będzie wcale krótka.

Zaczyna się z perspektywy Sergio Morry - człowieka, który marzy o byciu na politycznym świeczniku i zarobkach eurodeputowanego. Aby ten zamysł udało się ziścić, musi przenieść się na najwyższe szczeble władzy. Wynajmuje willę na Sardynii, sprowadza zastępy młodych kobiet, w ten sposób zastawiając sidła na człowieka, który od przeszło dekady dominuje we włoskiej polityce.

Jak nietrudno się domyślić, kamera po czasie odrywa się od bohatera, żeby skupić się na długo oczekiwanym Berlusconim - w ostatnich dniach małżeństwa, po upadku trzeciego rządu, kiedy miał już na koncie serię śledztw, dotyczących jego przestępstw. Wątki te powoli starają się zaplątać, nie kleją się jednak w spójną całość. Pamiętajmy, że we Włoszech Sorrentino pokazał widzom dwa oddzielne filmy - o jednym z najbardziej skompromitowanych współczesnych polityków oraz jego "świcie" - lecz na potrzeby międzynarodowej dystrybucji okroił całość do fragmentów i uszył dziwaczną hybrydę. Szkoda, że reżyserowi nie udało się wywalczyć lepszych warunków. Chciałbym zobaczyć wersję źródłową, bo zdecydowanie czegoś tutaj brakuje.

Nie brakuje jednego - Włochy Sorrentino pozostają miejscem, gdzie każdy chce się zaprezentować. Zagłębiem orgietek, bankietów, osób, które uprawiają komercyjnie "bunga bunga", a przy tym bezwzględnie i otwarcie wykorzystują władzę w stylu wulgarnego reality show. W całym tym zamieszaniu Sorrentino niezmiennie porusza się między wzniosłością i tandetą. Świadomie łączy realizm z nieokrzesaną wyobraźnią, bawi się poetyką trudnego do przyszpilenia nadmiaru, gdzie narkotyki we wszystkich kolorach tęczy spadają z nieba, a śmieciarki eksplodują w zwolnionym tempie (sic!).

Reklama

Zawsze lubiłem te pawie piórka i narcystyczne popisy Sorrentino. Teraz też ładnie to wszystko się prezentuje, ale czasem wręcz nazbyt ładnie. Nawet seksistowskie obrazki wijących się w nieskończoność kobiet, które dla kariery zrobią wszystko niosą alarmującą przyjemność. Samo medium wideoklipu wymusza sensualność, jednak intensyfikując je tak dużą lubieżnością, Sorrentino uprawia dyskusyjną narrację, z którą w czasach #metoo nie bardzo wiadomo, co zrobić.

Mam dziwne wrażenie, że w pstrokatej wizji upadku współczesnego Cesarstwa Rzymskiego reżyser przyznaje się do pokrewieństwa ze swoim bohaterem. Postawa Berlusconiego jako "ludzkiego, arcyludzkiego" przywódcy widocznie udziela się reżyserowi, który zakochał się w swoim wyjątkowym stylu, a co gorsza znalazł pretekst do korzystania z prywatnych fantazji Berlusconiego.  Zabierając się się za film o jego dekadenckim entourage'u, skusił los do tego stopnia, że sam stał się epigonem obiektu swoich zainteresowań. I nawet jeśli odwołanie do języka seksistowskiego reżyser usprawiedliwia "cytatem" czy "parafrazą", to zawiera ono w sobie niepokojącą akceptację na ambiwalentne klisze na temat wizerunku kobiety.

Co najważniejsze, pojawia się pytanie, czy pod tym wszystkim Sorrentino przemyca społecznie istotne tematy i wielką opowieść o jednostce, która wszystko ma, ale przyznaje się do niemocy i pustki? Niestety nie przemyca, a ładuje w widza szuflami większymi od łopaty. W "Boskim" (2008), filmie o Giulio Andreottim, wielokrotnym premierze Włoch, reżyser nie miał ambicji kierowania widza na konkretne tory, interesowała go nowa formuła opowiadania o polityce - manieryczna, ale świadomie niedopowiedziana. "Oni" doklejają w połowie jakieś nadbudówki i przeciwwagi w nazbyt uporczywym geście. Momentalnie Włoch porzuca rozbierane do rosołu imprezy na rzecz zadumy nad życiem rodzinnym Berlusconiego czy obrazu miasta L'Aquila, które w wyniku trzęsienia ziemi legło w gruzach, starając się wprowadzić świat rozpustnej elity z powrotem do szorstkiej włoskiej rzeczywistości.

Tyle, że temat ten wyraźnie nie mieści się w kręgu jego zainteresowań. Kiedy wszystkie kobiece ciała znikają z pola widzenia, Sorrentino desperacko dopowiada płytkie epitafie, które w finale zalewają ekran, wszystko odbywa się na pół gwizdka. I tuż przed napisami końcowymi wystarczy mu scena, w której masywne ramię dźwigu usuwa posąg zatroskanego Chrystusa z ruin kościoła. Tak nie rodzą się wielkie metafory, drodzy czytelnicy. Tak rodzi się zwykły kicz.

5/10

"Oni" (Loro), reż. Paolo Sorrentino, Włochy 2018, dystrybutor: Gutek Film, premiera kinowa: 28 grudnia 2018 roku.


INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL