"Ona jest miłością" to spokojny film obyczajowy poprowadzony w dwugłosie z dramatycznymi wstawkami. Opowiada o Patricii (Haley Bennett) i Idrisie (Sam Riley), którzy wiele lat po rozwodzie spotykają się - zupełnie przez przypadek - w tym samym hotelu. Aby było zabawniej, cała posiadłość należy do egoistycznej Louise (Marisa Abela), nowej partnerki Idrisa, a zarazem aspirującej aktorki. Patricia i Idris są zszokowani tym drobnym zwrotem akcji. On boi się, co pomyśli sobie jego aktualna dziewczyna. Ona natomiast prędko sięga po butelkę: w końcu musi jakoś odreagować! W pewnym momencie sami zaczynamy zastanawiać się, jak zachowalibyśmy się w tak nietypowych okolicznościach. I nawet jeśli bohaterowie spróbują nie wchodzić sobie w drogę, to dawne uczucie w końcu da o sobie znać.

Gołym okiem widać, że Adams jest entuzjastą klasyki kina. Prędko wychodzi na jaw, że stara się on czerpać z tradycji hollywoodzkiej komedii. Wiele filmów z tamtego okresu prezentowało fabuły, w których dawne pary spotykały się po dłuższym czasie i nawzajem rozliczały się ze swoją przeszłością. Adams próbuje ukazać nam tego typu historię ze współczesnej perspektywy. W jego filmie Patricia i Idris są zaskoczeni, następnie sobą zaciekawieni, a na końcu tracą wszelkie hamulce i wypowiadanymi pretensjami rozdrapują zagojone rany. Każdy ma sobie coś do zarzucenia, nikt nie jest bez winy i nikt nie wyjdzie z tego starcia bez szwanku.
"Ona jest miłością": Prawdziwe uczucie zawsze znajdzie drogę
W trakcie hotelowych "small talków" naszych bohaterów, podczas których wspominają dawne czasy, dochodzi do chwil uniesień. Do momentów, w których sztuczna rozmowa zamienia się w dialog pełen dawnych pretensji i żalów. W filmie przeszłość wraca do bohaterów w najmniej oczekiwanych chwilach. Choćby w jednej ze scen Patricia niespodziewanie pyta: "Dlaczego nie powiedziałeś mi, że twój tata zmarł?". Twarz Idrisa zmienia się w ułamku sekundy; od razu widzimy, że wróciły traumatyczne wydarzenia. Następuje cisza, a my zaczynamy rozumieć, że to pytanie nie zostało zadane przypadkowo. "Powinienem zadzwonić" - odpowiada zapłakany Idris i odruchowo zaczyna zwierzać się swojej byłej żonie.

Czy odważyłby się na taką szczerość przy swojej aktualnej partnerce? W jednej ze scen Idris namiętnie całuje Louise, bezrefleksyjnie deklarując, jak bardzo ją kocha. Od razu można odnieść wrażenie, że ten słowotok to jedynie puste zapewnienia - raczej nikt nie chciałby budować relacji z tak narcystyczną osobą, jaką jest Louise. Kiedy ta, w egoistycznym transie, opowiada mu o swojej pracy (zapewne nie pierwszy i ostatni raz), ten słucha tylko jednym uchem - liczy się fakt, że za chwilę raz jeszcze zobaczy Patricię.
Wychodzi na to, że Patricia nie tylko zaczyna - nomen omen znowu - troszczyć się o swojego byłego partnera, ale też pragnie rozliczyć się z przeszłością, o której najwyraźniej nie możemy jeszcze mówić w czasie przeszłym. Zachowuje się tak, jakby nadal byli małżeństwem. Krytykuje, ale i wspiera, tak jakby ich uczucie nigdy się nie wypaliło. Stymuluje go, jakby między nimi na nowo zaiskrzyło. W takich momentach film Jamiego Adamsa wybrzmiewa niczym pieśń bez żadnych fałszywych nut. W końcu postać Bennett okazuje się być ucieleśnieniem pełnego uczucia: czułego, chwilami krytycznego, a czasami aroganckiego. Widać, że po prostu wciąż jej zależy! Patricia uosabia tytułową miłość, nawet jeśli ta niegdyś przepadła; swoim charakterem zaczyna wyciągać Idrisa z letargu. Adams wierzy, że nigdy nie jest za późno, aby naprawić minione błędy.
"Ona jest miłością": Kilka drobnych potknięć
Zobacz również:
Można odnieść wrażenie, że "Ona jest miłością" składa się jedynie z krystalicznie czystych subtelności i fachowo napisanych dialogów. Niestety, na kilka ważnych scen przypada nam wiele niepotrzebnych sekwencji: bohaterowie zbyt często rozmawiają o byle czym, grają w karty czy tańczą. Chociaż taki zabieg podkreśla "codzienny romantyzm", to nadmierna ilość tego typu wstawek zdaje się być sporą wadą. Wygląda to tak, jakby połowa filmu została spontanicznie zainscenizowana i była kręcona bez większej reżyserskiej refleksji. Hołduje to utrzymaniu jak największego naturalizmu, jednak bezustanne oglądanie czyjegoś szczęścia nigdy nie będzie rozrywką per se. Jako widzowie mamy dyplom z egoizmu, podczas seansu sami pragniemy się dobrze bawić!
Pomimo paru rozwiązań, które w pełni nie wybrzmiewają, powolnie zakochujemy się w tej kameralnej opowieści. Śledzimy ją dla subtelności, trudnych rozmów zrodzonych z ludzkich dramatów i delikatnej puenty, jaką podsuwa nam zakończenie. To film dla współczesnych marzycieli, którzy wciąż wierzą w moc pierwotnego uczucia.
7/10










!["Buntownik" [trailer]](https://i.iplsc.com/000MMPXK7MKY6X9F-C401.webp)