Reklama

​"O nieskończoności": Film, który nie chce przestać być oglądany [recenzja]

"O nieskończoności" trafi na ekrany kin w 2021 roku /Aurora Films /materiały prasowe

"To już wrzesień" - kobieta na ławce mówi do siedzącego obok niej mężczyzny w ujęciu otwierającym ostatni film szwedzkiego reżysera Roya Anderssona. Pozornie nic więcej się tu nie wydarza. Bohaterowie zwróceni są plecami do kamery, nie zobaczymy ich twarzy, nie pojawią się też więcej na ekranie. Oboje obserwują przelatujące po niebie ptaki. Trwającą niecałą minutę scenę oglądać możemy tak, jak obcuje się z malarstwem - jej nieruchomość sprzyja niespiesznej kontemplacji, zamieniając seans "O nieskończoności" w rodzaj poetyckiej przypowieści o sensie ludzkiego życia.

Mimo iż "O nieskończoności" nie powinno być zaskoczeniem dla fanów twórczości autora "Pieśni z drugiego piętra", w swym najnowszym dziele Roy Andersson po raz pierwszy w karierze wprowadza postać narratora - to właśnie inspirowany Szeherezadą z "Księgi tysiąca i jednej nocy" kobiecy głos jest łącznikiem między składającymi się na całość mikroscenami. W jednej przyglądamy się kelnerowi, który zamyślił się, wylewając wino na obrus; bohaterem kolejnej impresji jest borykający się z problemem alkoholowym dentysta, który zostawia pacjenta na fotelu i opuszcza gabinet. W następnym ujęciu przyglądamy się nękanemu sennym koszmarem księdzu, który szuka psychoterapeutycznej pomocy po tym, jak stracił wiarę w Boga.

Bohaterów kolejnych opowieści nic ze sobą nie łączy, każda scena stanowi odrębną poetycką całość, oddającą ducha literackiego haiku - nie o kinematograficznie rozumianą akcję tu idzie, ile raczej o rodzaj kontemplacyjnej obserwacji. Jak w pozornie błahej scenie przestawiającej w barze "kobietę, która bardzo lubiła szampana". Niby tylko skecz, ale za to z jak potężnym ładunkiem egzystencjalnym! 

Reklama

Przyzwyczajonego do klasycznego sposobu ekranowej narracji widza z pewnością zirytuje sposób, w jaki Andersson używa postaci narratorki do opisu każdego z epizodów. W tej pozornej tautologii - kobiecy głos najczęściej powtarza to, co widzimy na ekranie - odnaleźć możemy jednak poetyckie dążenie do zachowania ciągłości opowieści.

Światu przedstawionemu w filmie Anderssona daleko do realizmu - trupi, niemal teatralny makijaż aktorów tylko wzmaga abstrakcyjny charakter tego kina. Wyblakła, jakby wyprana kolorystyka "O nieskończoności" wzmacnia zaś defetystyczną wymowę dzieła.

Szwedzki twórca jawnie nawiązuje do realizmu magicznego Chagalla, tyle że w typowy dla siebie sposób przerabia słynny obraz malarza przedstawiający parę kochanków unoszących się nad kolorowym miastem i zmienia scenerię malowniczego Witebska na zbombardowaną w trakcie II wojny światowej Kolonię (w podobny sposób uwspółcześnia w jednej z historii, której tematem jest zabójstwo honorowe, znane dzieło Ilji Riepina "Car Iwan Groźny i jego syn Iwan 16 listopada 1581 roku").

Historycznych tropów jest w "O nieskończoności" więcej - dość wspomnieć epizod z udziałem Hitlera, którego ekranowa Szeherezada zapowiada jako "człowieka, który chciał podbić świat, ale zrozumiał, że może mu się nie udać".

Roy Andersson przyznał w prasowej zapowiedzi filmu, że pragnął, aby widz "O nieskończoności" nie chciał - wzorem słuchaczy Szeherezady - przestać oglądać jego filmu. Albo, kiedy seans już się skończy, miał ochotę na powtórną projekcję. Nie wszyscy dostrzegą bowiem od razu element łączący pierwszą i ostatnią scenę dzieła szwedzkiego artysty. W tej subtelnej kinematograficznej klamrze odnaleźć możemy klucz do pełnego zrozumienia "O nieskończoności".

9/10

"O nieskończoności" (Om det oändliga), reż. Roy Andersson, Szwecja, Norwegia, Niemcy 2019, dystrybutor: Aurora Films (film miał trafić na kinowe ekrany w grudniu 2020, w związku zamknięciem kin premiera obrazu została przeniesiona na 2021 rok)

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: O nieskończoności | Roy Andersson

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama