"Mufasa: Król Lew": Mały cud
Wątpliwości miałem, i to spore. Raz, że kompletnie zawiódł mnie zrealizowany przed pięcioma laty przez Jona Favreau "Król Lew", który okazał się niczym innym, a przełożeniem w świat fotorealistycznej animacji klasycznej opowieści niemal w skali jeden do jednego. Dwa, choć Barry'ego Jenkinsa cenię już od czasów jego debiutu, kameralnego "Medicine for Melancholy" (2009), trudno było wyobrazić mi sobie akurat tego twórcę w świecie CGI. Amerykanin sam zresztą tę niepewność podbijał, przekonując że ten najbardziej komercyjny projekt w jego dotychczasowym dorobku jest jednocześnie tym najtrudniejszym. Poza tym, co tu dużo mówić, zrealizowany w połowie lat 90. "Król lew" dla mojego pokolenia, dzisiejszych czterdziestolatków, jest czymś w rodzaju świętości i nostalgicznym powrotem do czasów dzieciństwa.
Zdarzył się jednak mały cud, bo mam głębokie przekonanie, że ci, którzy ocierali łzy przed dwiema dekadami, wzruszą się i tym razem. Kluczem do tego jest odpowiedni balans pomiędzy poszanowaniem przeszłości i pierwowzoru, a chęcią wyraźnego zaznaczenia się w tym świecie. Innymi słowy - Barry Jenkins wraz ze swoją ekipą (wyróżniłbym tu przede wszystkim operatora Jamesa Laxtona) nie poszli na łatwiznę i nawet jeśli ten projekt nie przystawał do tego, co robili wcześniej, z pewnością odcisnęli na nim swoje piętno.
Autorski wymiar
Już sam tytuł zapowiada, że film Jenkinsa będzie prequelem w stosunku do wyjściowej opowieści, która koncentrowała się przede wszystkim na losach Simby i jego drodze do "władzy" w królestwie zwierząt. Tutaj Simba, wraz z Nalą, także się pojawiają, a ważną bohaterką dla całej historii staje się ich pociecha Kiara. To właśnie jej, w roli tymczasowych opiekunów (skąd my to znamy?) towarzyszą dobrze znane sprzed lat postaci. Timon, Pumba oraz Rafiki, pełniący rolę narratora, gdyż cała fabuła "Mufasy" przyjmuje formę opowieści z przeszłości, jaka rozciągnięta zostaje przed żądną wrażeń Kiarą. Poznaje ona tym samym swoje dziedzictwo i niezwykłą historię lwiego dziadka. Dwie linie czasowe bardzo zręcznie się przeplatają, w czym duża zasługa scenarzysty Jeffa Nathansona, bo wcale nie jest tak, że wspomniani, a jakże lubiani przecież, bohaterowie pojawiają się tylko na początku i końcu filmu.
Gros akcji skupiona jest jednak na losach Mufasy i to stanowi najbardziej autorski wymiar nowej produkcji Disneya. A historia ta nie dość, że pomysłowa, momentami też jest prawdziwie zaskakująca. Ci z kolei, którzy lubują się w politycznych interpretacjach, powiedzieliby również, że z ducha lewicowa. Okazuje się bowiem, że w Mufasie nie płynie ani mililitr królewskiej krwi, a jest on przybłędą, w szczenięcym wieku cudem uratowanym przez rówieśnika, a jednocześnie dziedzica zwierzęcego królestwa Takę. I choć przez lwią starszyznę, okupującą głównie drzewo drzemki (piękny pomysł!) zostaje odrzucony, między lwiątkami nawiązuje się prawdziwie braterska więź. Wystawiona na próbę, kiedy w obawie o własne życie muszą uciekać do mitycznej krainy Milele. Nietrudno się domyśleć, że obok historii Mufasy, poznajemy tym samym historię Skazy - zarówno jego blizny, jak i nadania mu tego imienia - czyli głównego czarnego charakteru "Króla lwa".
Satysfakcjonujący powrót
Zobacz również:
Gatunkowa formuła nowego filmu zbliżona jest do tej z klasycznej animacji. Łączą się tu elementy kina przygodowego, familijnego i musicalu. I choć nie mam wątpliwości, że żadna z wplecionych w fabułę piosenek nie powtórzy raczej sukcesu chociażby utworu "Hakuna matata", brzmi to wszystko naprawdę dobrze. A w wersji oryginalnej pewnie jeszcze ciekawiej, bo głosów postaciom użyczyła cała plejada gwiazd z Madsem Mikkelsenem, Sethem Rogenem, Donaldem Gloverem czy Beyoncé na czele.
Skoro o tym mowa, film Jenkinsa rozpoczyna się od wzruszającego akcentu, jakim jest dedykacja dla niedawno zmarłego Jamesa Earla Jonesa, który podłożył głos pod Mufasę w animacji z lat 90. Nowa produkcja Disneya brzmi, ale także wygląda, bo każdy, najdrobniejszy nawet szczegół, wydaje się być dopracowany, a sekwencje walk lwów są wręcz imponujące. To był bardzo satysfakcjonujący powrót na afrykańską sawannę. Być może ośmieli on decydentów Disneya do kolejnych tak nieoczywistych połączeń.
8/10
"Mufasa: Król Lew" (Mufasa: The Lion King), reż. Barry Jenkins, USA 2024, dystrybutor: Disney, premiera kinowa: 20 grudnia 2024 roku.












