Reklama

Reklama

"Mężczyzna prawie idealny" [recenzja]: Chwilowy zawrót głowy

"Mężczyzna prawie idealny" norweskiego reżysera Martina Lunda to przypowieść o strachu współczesnego mężczyzny, który właśnie wkracza w "dorosłość". Próżno pisać o kryzysie męskości. Gender ma tu mniejsze znaczenie.

Facet jest niby szczęśliwy w związku z długoletnią partnerką, jednak kiedy ma pojawić się trzeci członek rodziny, wszystko bierze w łeb. Świat staje na głowie. I choć tytułowemu, prawie idealnemu mężczyźnie, daleko do wyczynów chłopaków z "Kac Vegas", to mimo wszystko jego świat nagle wywraca się do góry nogami. Z minuty na minutę wszystko przestaje mieć jakikolwiek sens - liczy się tylko bunt.

Życie norweskiego małżeństwa po trzydziestce w filmie Martina Lunda przypomina świetnie działający mechanizm pokonywania poszczególnych szczebli w życiu społecznym. Henrik i Tone są już kilka lat po ślubie. Właśnie udało im się kupić nowy dom. Samochód stoi w nowiutkim garażu. Oboje pracują. Najprawdopodobniej robią to, o czym marzyli i na dodatek oczekują dziecka. Wszystko jest zaplanowane, zapięte na ostatni guzik. Kryzys gospodarczy ewidentnie ominął miejsce, z którego pochodzi ta niesforna para młodych ludzi. I nagle, jak w złym śnie, Henrik (Henrik Rafaelsen - "Babycall") zaczyna się dziwnie zachowywać. W trakcie nudnej kolacji dla lokalnych norweskich intelektualistów przykładny mąż, oglądając książeczkę dla dzieci, oddaje mocz w czyimś samochodzie. Tone jest zszokowana, ale Henrik dopiero zaczyna się dobrze bawić.

Reklama

Obrazowi Lunda daleko do filmowych wiwisekcji związku w stylu "Wszyscy inni" (reż. Maren Ade). "Mężczyzna prawie idealny" to raczej rozdział o szaleństwie jednego z partnerów, który wmawia sobie, że dobrobyt i szczęście to zły omen. Tak naprawdę boi się też odpowiedzialności. Odczuwa nostalgię za czasami "chłopięcych zabaw" i odreagowuje wszystko w sferze seksualnej. Łamanie tabu w jego przypadku to symulacja stosunku seksualnego pluszowych pantofli w kształcie zwierzątek na maminej kanapie. Taki bunt raczej śmieszy, niż przeraża.

Oglądając film Lunda warto również zwrócić uwagę na "kolorowy" obrazek skandynawskiego społeczeństwa, w którym nie ma miejsca na tzw. problemy dnia codziennego. Obowiązkowy squash z kolegami, obiadki w pracy, rausze z przyjaciółmi, naiwne rozmówki przy kieliszku drogiego wina. W "Mężczyźnie prawie idealnym" światu blisko do ideału, o którym marzą maluczcy. Zachowanie Henrika to oczywiście objaw powszechnego dobrobytu, zabezpieczenia socjalnego i spokoju o przyszłości. Rebelia w takim obrazku może dotyczyć tylko i wyłącznie drobnych wybryków zblazowanych dzieciaków, które na co dzień np. nie używają pięści, nie łamią zasad, nie zdradzają swoich partnerek, ale kiedy przychodzi czas na zawrót głowy, są gotowi na przekroczenie wszystkich granic . Oczywiście, robią to w swoim bajkowym świecie dostatku, w którym mechanicznie po okresie sprzeciwu przychodzi czas na powrót na łono ukochanej rodziny.

6/10


---------------------------------------------------------------------------------------

"Mężczyzna prawie idealny" (Mer eller mindre mann), reż. Martin Lund, Norwegia 2012, dystrybutor: Vivarto, premiera kinowa: 21 lutego 2014

--------------------------------------------------------------------------------------

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje