Reklama

Reklama

"Mały Książę" [recenzja]: Właściwie uwspółcześniony klasyk

Rok 2015 należy do animacji. Po kapitalnym "W głowie się nie mieści" od Pixara przyszedł czas na inną animowaną rewelację tegorocznego festiwalu w Cannes - "Małego Księcia" Marka Osborne’a.

Kadr z filmu "Mały Książę"

Feminizacja - dla niektórych pseudofeminizacja - trwa. Głównymi bohaterami zarówno hollywoodzkiego "W głowie się nie mieści", jak i - wbrew tytułowi - europejskiego "Małego Księcia" są małe dziewczynki. I stają przed nie lada wyzwaniami: nastolatka z hitu Pixara mierzy się z pierwszą w życiu depresją, kilkulatka z drugiego filmu musi zaakceptować to, że zbliżenie się do drugiego człowieka może skończyć się wielkim cierpieniem.

Przed doświadczeniem tego cierpienia próbuje uchronić małą bohaterkę matka, niegdyś opuszczona przez męża. Poznawszy smak porzucenia, bezpieczne życie widzi jedynie w samotności. Nie okazuje córce zbyt wielu uczuć, zamiast tego inwestując w jej przyszłą karierę. Mała akurat ma wakacje, może więc - przynajmniej zdaniem rodzicielki - przerobić kilka podręczników arytmetyki, jak i zająć się domem, do którego wspólnie się wprowadziły.

Reklama

Świetnie wypadają sekwencje poświęcone temu codziennemu trzymaniu się planu, w którym brakuje czasu na inwencję i kreatywność, zabawę i rozrywkę. Jak w japońskim "Jak ojciec i syn" Hirokazu Koreedy, żyjący pod wieczną presją rodzic próbuje zawczasu przygotować latorośl do korporacyjnego trybu życia, odbierając mu radość i beztroskość dzieciństwa. I pewnie taki los spotkałby bohaterkę filmu Osborne’a, gdyby przez przypadek nie poznała wiekowego sąsiada, który pokaże jej, czym jest życie poza systemem. Razem złamią niejedno prawo, zagłębią się w świat literatury pięknej, jak i upewnią, że dziecko trzeba w sobie hodować niezależnie od wieku. Cena za tę świadomość okaże się jednak wysoka - przy okazji bohaterka odkryje też brutalność napędzającą krąg życia i śmierci. Wyboru pomiędzy bezpiecznym życiem pod kloszem, bez uczuć i przyjaciół, a dzieleniem go z kimś, nawet za cenę cierpienia, będzie musiała dokonać sama.

Osborne używa dość prostej opozycji do nakreślenia obu światów. Codzienność dziewczynki wypełniają wyzute z blasku odcienie szarości, sterylne, rodem z korporacyjnego filmiku. Odwrotnie w domu sąsiada, którego wnętrza mienią się wszelkimi barwami, niczym w wesołym miasteczku. O wiele lepiej wychodzi mu połączenie alternatywnych światów, kiedy bohaterka zapoznaje się z historią "Małego Księcia". Czytając kolejne karty jego przygód, Osborne wizualizuje je, korzystając przy tym z animacji poklatkowej najwyższej próby.

To pomieszanie form przyniosło dobre efekty nie tylko w kwestii wizualnej. Przy okazji skomentowało sytuację animacji dziś, jak i wzmocniło przekaz filmu. Osborne, mający na koncie "Kung Fu Pandę", ma świadomość, że w dobie, kiedy wielkie studia stawiają na realizm animowanych filmów, wszystkie one zaczynają wyglądać tak samo. Coraz trudniej odróżnić styl jednego reżysera od drugiego. Kiedy więc sięga po kreskę z rysunków ilustrujących dogmatyczne wydanie "Małego Księcia", przypomina, co znaczą autorskość i indywidualność.

Morałów w tej historii można więc dopatrzyć się kilku: dzieci powinny pozostać dziećmi, reżyserzy - autorami, a korpoludki zamiast wypruwać sobie żyły wyrobieniem 100% normy w pracy, skupić się na łamaniu norm wiecznej nieobecności w życiu swoich bliskich. To się nazywa dobrze uwspółcześniony "Mały Książę"!

7/10

"Mały Książę", reż. Mark Osborne, Francja 2015, dystrybutor: Kino Świat, premiera kinowa: 7 sierpnia 2015 roku.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Mały książę 2015

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje