Reklama

"Joker": Błazen na dworze pańskim [recenzja]

Joaquin Phoenix w filmie "Joker" /materiały prasowe

Ponoć ludzie żyją tu w rzeczywistości slumsu: miasto tonie pod stertami śmieci, nierówności społeczne odmawiają obywatelom "gorszego sortu" podstawowej pomocy. Kiedy miarka się przebierze, ludzie się postawią i wyjdą na ulicę, a tej lawiny nic już nie będzie w stanie powstrzymać. Wybuchają strajki, demonstracje, protesty, których ostatnią falą staną się desperackie akty przemocy. Prosty lud pragnie ściąć głowy autorytetom i ludziom u władzy, którzy czują się lepszymi od innych obywateli. W Gotham City kryzys pełną gębą.

Reklama

Tak przedstawionej rewolucji trudno nie traktować poważnie. Nie jest ona ani komiksową iluzją, ani karykaturą, wydaje się raczej należeć do rytmu współczesnego świata i mieszczańskich społeczeństw, ulegających pokusie hierarchizacji. Zresztą dzieckiem tego wykluczenia i paranoi jest Arthur Fleck, facet na siedmiu różnych lekach psychotropowych, mieszkający pod jednym obskurnym dachem z matką, która spędza przed telewizorem niemałą część doby. Jego życie to prawdziwe pobojowisko - zarabia na śmieciowej umowie jako klaun, po robocie zwykle jakiś natręt zaczepia go na ulicy, wyzywa od świrów i spuszcza łomot. Wszystko przez jego nerwowe reakcje, tiki w kącikach ust i napady spazmatycznego śmiechu; nie pomaga mocny argument, że to objaw uporczywej neurologicznej choroby, której leczenia system od pewnego czasu już nie refunduje.

"Mam nadzieję, że moja śmierć będzie miała trochę więcej sensu niż życie. Czy nachodzą mnie pesymistyczne myśli? Innych nie miewam" - mówi na początku filmu. Joker w ujęciu Todda Phillipsa nie jest komiksowym typ spod ciemnej gwiazdy z oszczędną, szczątkową biografią, o którym nie wiemy zbyt wiele. To po prostu Arthur. Kruchy, złamany człowiek, który zdrowo oberwał od życia, ale wciąż desperacko poszukuje w nim nadziei na odrobinę uśmiechu.

Reklama

Joker z filmu Tima Burtona lub "Mrocznego rycerza" nie rozstawał się z ostrym makijażem, tutaj jakoś częściej koncentrujemy się na jego odsłoniętej twarzy. Phillips wystawia na szwank matrycę kina superbohaterskiego, pogrywa sobie z obowiązkowym dla opowieści schematem protagonista kontra złoczyńca, nie robi z tytułowego bohatera dodatku czy załącznika do postaci Batmana. W tym filmie najmniej jest ciekawe to, co łączy błazna z człowiekiem nietoperzem. Nieistotne jest to, kto kogo zlał po mordzie i czy uda się przywrócić zagrożonym mieszkańcom Gotham ład i bezpieczeństwo. Z gęsią skórką oglądamy za to grzebanie w głowie bohatera, która staje się polem nierównej walki. Sugestywnie napisana opowieść, jest czytelną metaforą depresji, opresji i niemożności ucieczki przed nakręcającą się spiralą destrukcyjnych myśli.

Najciekawsze u Phillipsa jest obserwowanie w tej roli zdumiewającego Joaquina Phoenixa, najwybitniejszego aktora swojego pokolenia, który jak nikt do tej pory skonstruował portret psychologiczny tej postaci. Joker nie jest już typem, który szepcze do ucha "Why so serious?" i wydłuża kąciki ust swoim ofiarom, to ktoś zdecydowanie więcej. Stoi za nim wiwisekcja procesu narodzin pokiereszowanego, skrzywdzonego umysłu. W interpretacji Phoenixa to bohater tragiczny, którego potworność czai się w jego własnym dzieciństwie i własnym ciele. Czy może być coś bardziej obezwładniającego?

Kiedy w ręce Arthura trafi rewolwer, zacznie on kręcić jego bębenkiem, aż w końcu wciśnie w niego naboje i strzeli drugiemu człowiekowi w twarz. W jednym z najbardziej emblematycznych fragmentów filmu popełnia on następną zbrodnię w stanie skrajnego obłąkania, tańczy na szczycie ogromnych schodów jakby świat leżał u jego stóp, by następnie wbiec do podziemnej kolejki wypełnionej ludźmi ukrytymi za maskami klaunów. Pochód cyrkowców przypomina poniekąd Marsz Miliona Masek, zryw ruchu Anonymous, który za symbol oporu i sprzeciwu przyjął spuściznę Guya Fawkesa oraz jego zamaskowany wizerunek wymyślony na potrzeby komiksu "V jak Vendetta".

W mieście Gotham radykalny ruch społeczny też wyczekuje swojego duchowego przywódcy. Koronowany na symbol rewolucji, nowego początku, zjednoczenia we wspólnej sprawie, zostanie bez pytania Arthur Fleck - człowiek, który nie chciał wcale zbawiać świata, ale domagał się od niego tylko odrobiny uwagi. Jest miarą wielkiego osiągnięcia Phillipsa, że tragizm Jokera wciela prawdę o psychozie współczesnego społeczeństwa, jego rozwarstwieniu i nieskrępowanym chaosie. Trudno sobie wybić to odczytanie z głowy.

8,5/10

"Joker", reż. Todd Phillips, USA 2019, dystrybutor: Warner Bros., premiera kinowa: 4 października 2019 roku.


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Joker (2019)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje