Reklama

Jak po psychotropach

"Metropia", reż. Tarik Saleh, Szwecja/Dania/Norwegia/Finlandia 2009, dystrybutor Gutek Film, premiery kinowe 11 czerwca 2010 roku.

Widzieliście ten Orwellowski, inwigilowany do cna świat, setki razy. Znacie też tego everymana, który w wyniku jakiejś losowej turbulencji wyrywa się na moment z odrętwienia. Tym, co widujecie rzadko są jego starania, by na powrót zdrętwieć. Wyobraźcie sobie, że Neo z Matrixa nie jest żadnym wybrańcem, ale pierdołą, cierpiącym na impotencję. Dodajcie do tego, że jak Cypher po początkowej fali zainteresowania odkrywaniem prawdziwego charakteru rzeczywistości, chce wrócić do monotonnego rytuału spożywania schabowego z kapustą. Taki jest bohater Metropii, dystopii rozgrywającej się w tunelach oplatającego całą Europę metra.

Reklama

Świat, w którym żyje Roger mieści się w światowej średniej fikcyjnych reżimów totalitarnych. Nie jest tak fajnie, jak w socjalistycznej dystopii "Kłopotliwego Człowieka", ale i koszmary roku 1984 są tu mniej intensywne. Idzie się przyzwyczaić.

Gdyby tylko odrobina adrenaliny pomogła wpompować w żyły malkontenta Rogera odrobinę świeżej krwi, byłoby git-ananas. Bo bohater ma problem z erekcją, co prowadzi do zazdrości, manii prześladowczej i niezdrowej fascynacji wizerunkiem dziewczyny z etykiety szamponu.

Od samego początku widać jak na dłoni, dokąd to wszystko zmierza. Szampon to tak naprawdę mgławica neuroprzekaźników, które w jeszcze doskonalszy sposób pozwalają kształtować nasze pragnienia, które zaspokajane są przez jedyną, działającą na świecie korporację. Władzę nad światem, jak zwykle nabywa się więc dzięki kontroli nad siecią informacji i komunikacją. Byliśmy tam, widzieliśmy to i jesteśmy nawet skłonni dostrzegać wokół siebie, więc co z tą Metropią?

Ano snuje się i jest to paradoksalnie jej ogromny atut. Bohater błąka się, czy też jest popychany, przez potężniejsze od niego mechanizmy, z miejsca na miejsce. Wszystko płynie, spokojnym rytmem, w takt wewnętrznego dialogu rozszczepionej psyche Rogera/Stefana. Coś tam się dzieje, coś tam wybucha, jest nawet seksowna blondynka, ale bohater odbiera wszystko beznamiętnie jak po psychotropach. I taka też jest animacja. Rozdmuchane, ale mimo wszystko dość realistyczne głowy postaci, fotograficznie odwzorowane tekstury - materiałów budowlanych, tkanin, sprzętów domowych. Postaci kiwają się z prawa - do lewa, z lewa - do prawa, a koła wagonu metra stukają o szyny.

To właśnie ten brak dramatyzmu, stanowi najbardziej dramatyczny akcent Metropii. W monotonii zdarzeń, w rozpaczliwej próbie zrzucenia odpowiedzialności za stagnację w własnym życiu, na kogoś innego - na głos bliźniaczego człowieka, rezonujący pod czaszką, odnajdujemy analogie z naszym światem AD 2010.

W odróżnieniu od najbardziej znanych literackich antyutopii, ufundowanych na ustrojach komunistycznym i faszystowskim, świat w filmie Tarika Saleha jest totalitarną wersją liberalnego kapitalizmu. Pomimo tego rozróżnienia, w czasie projekcji w oczy rzuca się fakt, iż korporacyjny monopol, jest tym samym czym był pamiętany z czasów PRL monopol państwowy.

I niby to wszystko wiemy, i nic nowego pod słońcem, ale po seansie z znacznie większą niechęcią zauważam, że 85% produktów w moim mieszkaniu, poza rzucającymi się w oczy nazwami, oznaczone jest jednym małym wspólnym logo. A na obiad znów będzie schabowy.

7/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: \ Film | Bohater | świat | Tarik Saleh

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama