Reklama

"Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia": I znów o rewolucji... [recenzja]

Pod koniec 2013 roku rzeczywiście przyszło nam tylko oczekiwać kontynuacji sag i młodzieżowych serii. Zanim w okresie świątecznym na naszych ekranach zagości "Hobbit. Pustkowie Smauga", najpierw warto zmierzyć się z waleczną Katniss Everdeen - protagonistką serii "Igrzyska śmierci".

Pierwsza część sagi o upokorzonych obywatelach państwa Panem święciła tryumfy na całym świecie. Pojawiają się głosy, że historia "głodowych igrzysk" to połączenie popkultury, kina akcji i politycznego komentarza do "współczesnego świata". Takie filmowe proroctwo w świecącym opakowaniu, które niby ma przekonać młodych ludzi, że warto stawiać opór i bynajmniej kapitalizm tego nie zabrania.

Reklama

Co ciekawe, pierwsza część "Igrzysk śmierci", której premiera odbyła się 23 lutego 2012 roku, przyciągnęła do kin w Polsce niecałe czterysta sześćdziesiąt pięć tysięcy ludzi. Niewiele gorszy wynik miał "Mój rower" Piotra Trzaskalskiego. Czyżby Polacy nie przepadali za Katniss i Peetą?

Ale do rzeczy. Druga część sagi "Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia", która powstała na podstawie bestsellera młodzieżowej literatury autorstwa Suzanne Colins, rozpoczyna się od tradycyjnego w państwie Panem tournee zwycięzców ostatnich "głodowych igrzysk".

Udający zakochanych Katniss (Jennifer Lawrence) i Peeta (Josh Hutcherson), jak przystało na prawdziwych celebrytów, podróżują od dystryktu do dystryktu i przemawiają na wiecach: przepraszają i wspominają tych, którzy w igrzyskach polegli. W międzyczasie próbują za wszelką cenę odpowiednio ogrywać rolę kochanków do grobowej deski. Wszystko tak, żeby twórcy reality show byli stuprocentowo zadowoleni. Jednocześnie muszą spełniać wymagania prezydenta Snowa i całego Kapitolu. Tradycyjnie już ryzykują życie i zdrowie swoich bliskich i to jest karta przetargowa, której nadużywają "władcy Panem".

W międzyczasie zmienia się sytuacja społeczna w poszczególnych dystryktach. Wspólnota umęczona pracą do granic wytrzymałości, zaczyna się powoli buntować przeciwko strażnikom. Dochodzi do zamieszek, które ewidentnie sprowokowało zachowanie Katniss w trakcie igrzysk. Dziewczyna powoli zaczyna stawać się symbolem buntu i jednocześnie popkulturową ikoną, którą wszyscy pragną naśladować.

Prezydent Snow działa natychmiast. Przy pomocy swojego nowego "architekta telewizyjnych widowisk", tajemniczego pana Plutarcha Heavensbee (Philip Seymour Hoffman), zostają zorganizowane nowe igrzyska, w których biorą udział byli zwycięzcy. Snow liczy, że symbole "głodowych walk" same wymierzą sobie sprawiedliwość, a przy okazji rozprawią się z niesubordynowaną Katniss. Obiecana przed laty wolność dla zwycięzców przestaje mieć znaczenie - liczy się tylko i wyłącznie walka w obronie totalitarnego charakteru Panem.

Schemat narracyjny "W pierścieniu ognia" jest identyczny, jak w poprzedniej części - wstępne zarysowanie fabuły, przygotowanie do walki i same igrzyska. Z tych "trzech rozdziałów" najciekawsze wydają się fragmenty walki "młodych gladiatorów", którzy tym razem ewidentnie szukają sojuszników. Raz po raz w ich rozmowach pojawia się patetyczny zwrot: "Pamiętaj, kto jest prawdziwym wrogiem". Wojownicy wszystkich dystryktów mierzą się z bardzo wymyślną machiną tortur. Skomplikowany mechanizm generuje ataki dzikich zwierząt, śmiercionośne mgły i krwawe ulewy. Wszystko wygląda bardzo spektakularnie.

Nie warto negować faktu, że "Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia" to filmowa rozrywka na wysokim poziomie, ale chyba nic poza tym. Przypisywanie filmom Gary'ego Rossa i Francisa Lawrence'a jakiegokolwiek potencjału krytycznego wobec współczesności jest bezpodstawne. Świat Panem to pokawałkowany chaotyczny twór, w którym totalitaryzm, bunty, zmiany, rewolucje i masowość środków przekazu istnieją "na słowo". Bohaterowie "Igrzysk śmierci" nie mają żadnej historycznej przeszłości. Trudno wpisać ich biografie w nostalgiczny schemat "o upokorzonej wspólnoty", bo ta wspólnota istnieje tak po prostu, poza historią. Układ jest naiwnie prosty. Dobrzy i źli na drabinie społecznego bytu. Środki przymusu używane w nadmiarze. Groźba anihilacji i krwawy kajdan w postaci igrzysk, które ktoś nieustannie ogląda. Najgorsza w tym pozornym światku z papieru wydaje się być maniera łączenia "wątków antycznych" i popkulturowych. Płonące kreacje Katniss w trakcie przejazdu rydwanów mają być symboliczne. Nie wiadomo tylko, do czego ten symbol ma się odnosić.

Oczywiście w "Igrzyskach" najważniejsza jest rewolucja i bunt przeciwko władzy. Bunt pozorny, wymyślony, odegrany. Symbolem rewolucji jest młoda kobieta, która brawurowo strzela z łuku, pięknie uśmiecha się na scenie i płacze, jak przystało na ikonę oporu. Taki plastikowy sen o tym, jakby to było, gdyby dzieciaki chciały zabawić się w walkę z absurdalnym systemem, w którym nowoczesność łączy się z antykiem ot tak dla efektu, a na samym końcu i tak pojawia się "grupa trzymająca władzę"...

6/10


---------------------------------------------------------------------------------------

"Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia" ("The Hunger Games: Catching Fire"), reż. Francis Lawrence, USA 2013, dystrybutor: Forum Film, premiera kinowa: 22 listopada 2013 roku.

---------------------------------------------------------------------------------------

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: warto | Hobbit: Pustkowie Smauga | igrzysk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje