Reklama

Harry Potter i szalejące hormony

"Harry Potter i Książę Półkrwi", reż. David Yates, USA/Wielka Brytania 2009, Warner Bros., premiera 24 lipca 2009 roku.

Po teledyskowej piątej części przygód Harry'ego Pottera reżyser David Yates wyciągnął wnioski i w szóstej części zwolnił tempo. W "Harry Potter i Książę Półkrwi" błędów nie brakuje, ale i tak najnowszy film o Hogwarcie dobrze wróży dwóm ostatnim odsłonom serii.

Reklama

Szósta powieść cyklu o nastoletnich czarodziejach to w oryginale niemal 700-stronicowa cegła i już z tego powodu trudno oczekiwać, by nawet dwuipółgodzinny film zawarł wszystkie wątki. Niektórych jednak szkoda. Brakuje śledztwa, które Harry Potter prowadzi z Dumbledorem, powoli odkrywając przeszłość Toma Riddle'a. Traci na tym relacja między nastoletnim czarodziejem a dyrektorem szkoły. Najbardziej żal jednak nie wykorzystanego przez twórców finałowego pogrzebu Dumbledora, niezwykle filmowo i efektownie opisanego w książce.

Nad Hogwartem zbierają się ciemne chmury, w powietrzu wisi zbliżająca się katastrofa. Mroczną atmosferę w najnowszym filmie o Harry'm Potterze budują przede wszystkim zdjęcia Bruno Delbonnela, do tej pory współpracownika Jeana-Pierre Jeuneta przy "Amelii", czy "Bardzo długich zaręczynach". Każdy z głównych wątków w "Księciu Półkrwi" zdominowany jest przez inną gamę kolorów. Delbonnel, podobnie jak w filmach Jeuneta, zamiast tradycyjnych filtrów zaczyna jednak nadmiernie szarżować z komputerową stylizacją, przez co finałowe sceny nabierają charakteru pewnej sztuczności.

Efektów specjalnych w szóstej ekranizacji cyklu Rowling jest sporo, ale zamiast na szybki montaż i zapierające dech tempo, Yates postawił na rozbudowanie relacji między nastoletnimi bohaterami. W Hogwarcie hormony szaleją, a rok szkolny mija na nieustannych problemach sercowych. Podobno po pierwszych pokazach próbnych filmu "Harry Potter i Księcia Półkrwi" w Stanach Zjednoczonych nastoletnia publiczność oceniła najnowszą ekranizację jako zbyt romantyczną. Producenci zdecydowali wtedy o przemontowaniu filmu. Mimo tego miłości jest sporo, choć Yates prowadzi te wątki z wdziękiem. Zwłaszcza Jessie Cave jako zakochana w Ronie (Rupert Grint) Lavender zabawnie, choć niemal na granicy przerysowania, wciela się w swoją postać.

Młodzi aktorzy z każdym kolejnym filmem radzą sobie coraz lepiej. W szóstej odsłonie zaskakuje Rupert Grint, ale najwięcej uznania należy się Tomowi Feltonowi, który jako Draco Malfoy ma wreszcie swoje pięć minut. Nawet Emma Watson gra Hermionę mniej histerycznie niż poprzednio. Jak zwykle zachwyca dorosła obsada - najlepsi brytyjscy aktorzy, którzy doskonale się przy tym bawią. Jim Broadbent może nie pobił swojej koleżanki z planu "Vera Drake", Imeldy Staunton, która stworzyła jedną z najbarwniejszych postaci cyklu - Dolorose Umbridge, ale i tak dobrze wypadł jako dobroduszny prof. Slughorn. Choć w moim osobistym rankingu jak na razie nikt nie zagroził jeszcze Helenie Bonham Carter jako szalonej Bellatrix Lestrange i oczywiście fantastycznemu Alanowi Rickmanowi w roli Snape'a.

Yates umiejętnie żongluje elementami komediowymi, słownymi przepychankami, których w powieści Rowling nie brakuje i efektowanymi, widowiskowymi scenami. Choć zredukowanie pewnych wątków sprawia, że na ekranie znika budowane w książce napięcie, które potęguje emocje towarzyszące finałowym scenom. Kinowy cykl o Harrym Potterze już od dawna nie jest skierowany do widza niewtajemniczonego w "potteromanię". To już nie autonomiczne filmy, a obrazy włączone w cały świat fanów nastoletniego czarodzieja. Pójście do kina na kolejną odsłonę "Pottera" jest dopełnieniem pewnego rytuału. Podobnie jak w przypadku "Gwiezdnych wojen". Tyle że zamiast świetlnych mieczy, fani machają różdżkami.

8/10

Zobacz relację z krakowskiej premiery "Księcia Półkrwi":

7/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: David | książę | Warner Bros. | hormony | Potter | Harry Potter

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje