Reklama

"Halloween" [recenzja]: Święto geeków

Jamie Lee Curtis w filmie "Halloween" /materiały prasowe

Gdy Jason Blum, szef wytwórni Blumhouse, ujawnił, że do kolejnej próby ożywienia legendarnego "Halloween" udało mu się zaangażować Jamie Lee Curtis, gwiazdę oryginału, która przez 16 lat konsekwentnie odmawiała powrotu do roli Laurie Strode, wiadomo było, że szykuje się "coś". To "coś" przerosło chyba jednak wszelkie oczekiwania. Na 40. urodziny Hollywood sprawiło bowiem serii wymarzony prezent urodzinowy - pierwszy udany sequel.

Droga do tego była jednak długa i wyboista. Choć większość fanów zapewne wolałoby o tym nie pamiętać, nowe "Halloween" to już jedenasty film o mordercy w masce z ludzkiej skóry - Michaelu Myersie. Jak się okazuje - do dziesięciu razy sztuka. Błogosławieństwo samego Johna Carpentera i posadzenie za sterami cenionego arthousowego reżysera, Davida Gordona Greena, poskutkowało sequelem, który jako pierwszy (i oby nie ostatni) można śmiało postawić w pobliżu półki z oryginałem. Nawet jeśli bez potknięć się nie obeszło.

Duża w tym zasługa powracającej na ekran Jamie Lee Curtis, nie tylko odtwórczyni głównej roli, ale i producentki wykonawczej filmu. To Curtis najbardziej nalegała, by postawić na kobiecą stronę historii. W "Halloween" Greena pierwsze skrzypce gra bowiem nie tylko zamaskowany psychopata, ale także jego niedoszła ofiara sprzed lat - Laurie Strode. Laurie, obecnie matka i babcia, nigdy nie pogodziła się z wydarzeniami z 1978 roku. Zniszczona przez traumę zbudowała na odludziu dom, w którym za pomocą żelaznych zabezpieczeń schroniła się przed zabójcą. Ta decyzja wzbudziła sprzeciw jej rodziny, a kobiecie zapewniła łatkę wariatki. Gdy jednak podczas transportu pomiędzy zakładami zamkniętymi Michael Myers ponownie wydostaje się na wolność, Laurie staje się jedyną osobą będącą w stanie ochronić bliskich i stanąć oko w oko z mordercą. Tak rozpoczyna się jej zemsta...

Jak uczy współczesne "Halloween", ludzie zmieniają się wraz z wiekiem. Dla Laurie, czterdzieści lat po pamiętnej nocy oznaczało czas hartowania charakteru i zapoznawania się z najróżniejszymi technikami strzeleckimi. Z bezbronnej nastolatki z pierwszego filmu nie zostało nic. Michael natomiast po długim pobycie w zamknięciu zyskał wyjątkowy apetyt. Gdy wreszcie udaje mu się uciec, urządza prawdziwą rzeź: ciało za ciałem, trup za trupem, ofiara za ofiarą - bez względu na wiek, płeć czy kolor skóry. Po nieco rozwleczonej ekspozycji jest to swego rodzaju zaskoczenie. Oryginalne "Halloween", choć zadecydowało o tym, czym właściwie jest dziś slasher, nie spływało krwią w takich ilościach. Jak wprost deklaruje jednak jeden z bohaterów nowego filmu, "czasy się zmieniły i patrząc na to, co się wokół dzieje, kilka ofiar nie robi już na nikim wrażenia".

Reklama


Rezultat jest taki, że gdy mordercze koło rusza pełną parą, widz nie ma nawet czasu zaangażować się w losy kolejnych ofiar. Napięcie budowane jest więc poprzez bardzo klasyczne środki - nagłe zniknięcia, gry światła i jumpscare'y. Niestety, nie zawsze udaje się przez to osiągnąć wyznaczony cel. "Halloween" to bardzo zachowawczy horror i poza kilkoma podskokami nikt raczej nie będzie się tutaj trząsł ze strachu. Twórcy co prawda mają w rękawie kilka szokujących zwrotów akcji, ale skupiają się zdecydowanie na czym innym.

Dzieło Greena to bowiem owoc sentymentu - zyskujący wagę dzięki garści świetnych nawiązań do oryginału, zabawnym mrugnięciom okiem do fanów, chwytliwym one-linerom i powrotowi głównej bohaterki (w końcu sama kreacja Jamie Lee Curtis czyni film wartym zobaczenia). Ci, którzy zakochali się w pierwszym "Halloween", będą kochać jedenaste "Halloween". Ci, którzy o serii nie mają pojęcia, a oczekują przede wszystkim mięsistego horroru, nie będą zachwyceni. Od pewnego momentu bardziej od grozy liczy się tu próba opowiedzenia o traumie, strachu i uwięzieniu w przeszłości. I historia kobiet, które z tą przeszłością się mierzą.

Ponad średnią film Greena wybija się dzięki znakomitemu finałowi. To w nim trzy pokolenia kobiet - matka, córka i babcia stają naprzeciw seryjnego mordercy. Wtedy twórcy wreszcie pokazują pełnię swojego talentu: najpierw powoli budują atmosferę, by potem uraczyć nas ognistym finałem, który kiedyś będzie równie kultowy, jak finał oryginału. Trudno też nie odczytać wtedy metaforycznej warstwy filmu - wyraźnej odpowiedzi na ruch #metoo. Szkoda, że równie silnych symboli jest w nowym "Halloween" tak niewiele. Ale może następnym razem? W końcu na 50. urodziny też będzie trzeba coś wymyślić... Na razie pozostaje się cieszyć, że oryginalne "Halloween" znalazło wreszcie godnego spadkobiercę.

6,5/10

"Halloween", reż. David Gordon Green, USA 2018, dystrybutor: UIP, premiera kinowa: 26 października 2018 roku.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Halloween 2018

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje