Reklama

"Gdzie śpiewają raki": Raki lekko fałszują [recenzja]

Daisy Edgar-Jones w scenie z filmu "Gdzie śpiewają raki" /materiały prasowe

Gdyby była to niezobowiązująca, wieczorno-piątkowa rozrywka na Netfliksie, na niektóre rzeczy pewnie nieco łatwiej byłoby przymknąć oko. Mówimy jednak o kinowej adaptacji bestsellerowej powieści Delii Owens, określanej przez niektórych mianem najważniejszej książki dekady. I choć do takich stwierdzeń lepiej podchodzić z odrobiną dystansu, poprzeczka dla filmowców zawieszona została dość wysoko. I jak to często bywa, tam gdzie są oczekiwania, pojawiają się też obiekcje. Dodajmy, spore obiekcje.

Literacki debiut siedemdziesięcioletniej wówczas Amerykanki okazał się dużym międzynarodowym wydarzeniem. Wydana w 2018 roku powieść "Gdzie śpiewają raki" przez wiele tygodni utrzymywała się bowiem na szczycie bestsellerów prestiżowego "The New York Times", a sprzedane na całym świecie egzemplarze należy liczyć w milionach. Doceniano nie tylko kryminalną intrygę wplecioną w inicjacyjną historię młodej bohaterki, która porzucona przez rodzinę musiała samotnie wychowywać się na bagnach w Barkley Cove, niewielkim miasteczku u wybrzeży Karoliny Północnej, ale też obraz świata przyrody, pieczołowicie opisywany przez autorkę. Owens doskonale zresztą wiedziała co robi, bo to zoolożka z wykształcenia, zatem świat fauny i flory nie krył przed nią tajemnic.

Reklama

Kinowy walor powieści pozostaje zatem bezsprzeczny i wydaje się, że właśnie tym, wizualnym tropem postanowiła podążyć reżyserka Olivia Newman. Zadanie miała niełatwe, bo ekranizacja popularnej i lubianej literatury to zwykle ciężki kawałek filmowego chleba. Pewnie na palcach jednej ręki można by policzyć adaptacje, które przewyższały literacki pierwowzór, a i tych, jakie mu dorównywały, wcale nie jest tak wiele. Wszystko zwykle rozbija się o znalezienie odpowiedniego klucza do tego, by przenieść fabułę z kart powieści na wielki ekran.

W historii Kyi (w tej roli brytyjska aktorka Daisy Edgar-Jones), nazywanej w pobliskim miasteczku dziewczyną z bagien, tych wytrychów mogło być wiele, bo i przekrój tematyczny jest tu spory. Od obrazu prowincjonalnej amerykańskiej obyczajowości drugiej połowy ubiegłego stulecia, przez historię rodzinnych patologii, pierwsze miłosne uniesienia po fascynację światem przyrody, znacznie bardziej przyjaznym dla dorastającej dziewczyny niż ten ludzki. Wszystko to spaja kryminalna intryga, związana z tajemniczą śmiercią młodego mężczyzny, której kobieta staje się główną bohaterką.

Trudno odmówić historii potencjału, zwłaszcza jeżeli ktoś lubi ten typ opowieści, łączący estetykę kryminału, dramatu oraz romansu. Zasadniczy problem polega jednak na tym, że forma tego, co widzimy na ekranie, znacznie odbiega od przekazywanej treści. Wszystko w filmie Olivii Newman jest cukierkowe, sterylne, nieznośnie ckliwe. Doceniając warsztat operatorski, scenograficzny talent czy zjawiskowe wręcz lokacje, jakie udało się znaleźć odpowiedzialnym za to osobom, te idealnie wycyzelowane kadry osłabiają moc połamanej, mocno przybrudzonej i intrygującej w gruncie rzeczy opowieści.

Jest zdecydowanie za ładnie, zbyt estetycznie żebyśmy potrafili mocniej przejąć się historią młodej dziewczyny, co rusz ciężko doświadczanej przez życie. Ekranowa Kya kojarzy się raczej z disneyowską księżniczką oczekującą na bal, niż ze stającą powoli na nogi bohaterką z krwi i kości, z którą na dobre potrafilibyśmy empatyzować. A zakładam, że taki właśnie był cel, zarówno Delii Owens, jak i Olivii Newman. Czego na dobrą sprawę nie zmienia nawet efektowna fabularna przewrotka pod koniec filmu. Jeżeli ktoś szuka w kinie (i nie tylko) poprawności, "Gdzie śpiewają raki" to produkcja idealnie skrojona pod niego. Jeżeli czegoś więcej - no cóż, wychodzi na to, że raki lekko fałszują.

5/10

"Gdzie śpiewają raki", reż. Olivia Newman, dystrybutor: UIP, premiera kinowa 19 sierpnia 2022 roku.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Gdzie śpiewają raki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL