Reklama

Reklama

"Daję nam rok": Jak stracić małżeństwo w rok

"Daję nam rok" to tak naprawdę trzy filmy w jednym. Z tym, że każdy z nich to rozrywka na wysokim poziomie. Sprowadzone do jednego obrazu zachowują się pokornie - jeden nie wychyla się przed drugi, tylko smakowicie razem dopełniają się.

Jeśli na dźwięk słów "komedia romantyczna" dostajecie nudności bądź innych uczuleń, to znak, że już powinniście rezerwować bilet do kina. Jeśli zaś komedię romantyczną kochacie najbardziej spośród wszystkich filmowych gatunków, tym bardziej powinniście mieć już zaklepane miejsce na sali kinowej na najbliższym seansie. "Daję nam rok" jest bowiem filmem na tyle sprytnie zrobionym, że potrafi zaspokoić gusta przedstawicieli każdej z tych antagonistycznie nastawionych do siebie grup.

Zaczyna się od bicia kościelnych dzwonów i weselnego marszu. Oto na ślubnym kobiercu stają cierpiący na permanentny kryzys twórczy pisarz Josh (Rafe Spall) i powabna przedstawicielka świata korporacji Nat (Rose Byrne). W dniu ślubu miłość po prostu z nich krzyczy. Zakochani w sobie do nieprzytomności ślubują przed ołtarzem miłość, wierność i że się nie opuszczą aż do śmierci. Sytuacja zmienia się jednak drastycznie, kiedy po kilku miesiącach motylki znajdują ujście z brzucha bohaterów, a razem z nimi znika też spoiwo, które jeszcze do niedawna zlepiało ich jak cement. Żona flirtuje z przystojnym magnatem fabryki rozpuszczalników (Simon Berker), a męża z kanapy, na której spędza większość dni, jest w stanie wyciągnąć tylko dawna miłość - pokręcona wolontariuszka na rzecz Sudanu (Anne Faris). I tu zaczyna się akcja każdego z trzech filmów - dwóch równoległych historii czujących do siebie miętę par i trzecia - retrospekcje scen z życia małżeńskiego Josha i Nat.

Reklama

Trzeba przyznać, że trudniącemu się do tej pory scenariuszami dla Sachy Barona Cohena, Danowi Mazerowi tym razem udało się utrzymać poczucie humoru w ryzach. Chociaż w wielu scenach widać, że reżysera i scenarzystę w jednym "nosi", żeby pójść krok dalej w stronę niegrzecznego humoru, potrafi zapanować nad ciągotami. Dzięki temu pokazane w filmie sytuacje, chociaż niezwykle upokarzające dla bohaterów, nie przyprawiają widza o mdłości, zaś stosowanie się do zasad prawdopodobieństwa czyni je nie tylko jeszcze bardziej zabawnymi, ale też niezwykle krzepiącymi.

Trudno przecież nie kibicować bohaterom, którzy tak bardzo się starają, żeby uszczęśliwić siebie nawzajem, pragnąc znaleźć Prometeusza, który na nowo rozpali wygasły ogień i żar. Empatia jest tym większa, że Mazer nacechował swoich bohaterów dość jednoznacznie: nie ma tu podziału na dobrych i złych - każdą z postaci tego czworokąta cechuje dobro, ale reżyser nie zapomina przy tym obdzielić ich po równo wadami tak wyraźnymi, jak piegi. Paradoksalnie, dzięki temu uproszczeniu wydźwięk tej historii tylko zyskuje na jakości brzmienia. Mazer w komediowym tonie przypomina bowiem, że rozwód wcale nie musi być złym wyjściem. Wystarczy tylko bardzo chcieć. Ciekawe, jak na ten "śmiały" wniosek zareaguje polska prawica.

8/10


---------------------------------------------------------------------------------------

"Daję nam rok" ("I Give It a Year"), reż. Dan Mazer, Wielka Brytania 2013, dystrybutor: ITI Cinema, premiera kinowa 1 marca 2013 roku.

---------------------------------------------------------------------------------------

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: że każdy | Daję nam rok

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje