Reklama

Reklama

Cool Kids of Eighties

"Wszystko co kocham", reż. Jacek Borcuch, Polska 2009, ITI Cinema, premiera kinowa: 15 stycznia 2010

Najnowszy film Jacka Borcucha, reżysera "Kallafiora" i "Tulipanów", szerzej znanego jako odtwórca jednej z głównych ról w "Długu" Krzysztofa Krauzego, otrzymał Złotego Klakiera (najdłużej oklaskiwany film) na 34. FPFF w Gdyni i zakwalifikował się do Konkursu Międzynarodowego jednego z najbardziej prestiżowych festiwali filmowych na świecie - Sundance. W czym tkwi tajemnica jego sukcesu?

Niespełna miesiąc temu na ekranach naszych kin gościł jeden z największych przebojów węgierskiego kina ostatnich lat - "Made in Hungaria" Gergely'ego Fonyo (w Polsce wyświetlany jako "Papryka, seks i rock'n'roll") to osadzona w latach 60. opowieść o młodym muzyku, który po kilkuletnim pobycie w Stanach Zjednoczonych z powodów politycznych wraca razem z rodziną na stare śmieci, do komunistycznych Węgier, gdzie na młodego człowieka w modnych, amerykańskich ciuchach, z zapasem rock'n'rollowch winyli pod pachą władza patrzy nieufnie. Bohater miast poddawać się kolejnym zakazom i nakazom, zakłada kapelę; grając "reakcyjną" muzykę tworzy największą formę buntu, na jaką może sobie pozwolić.

Reklama

Nowy film Borcucha opowiada o tym samym - o egzorcyzmowaniu opresyjnego systemu muzyką. O ile film Fonyo przenosi nas we wczesne lata 60. w spóźnioną nieco względem Ameryki erę rock'n'rolla, o tyle "Wszystko, co kocham" pokazuje ponurą, polską rzeczywistość początku lat 80. Antidotum na coraz bardziej napiętą sytuację społeczno-polityczną kraju, zwiastującą stan wojenny, okazuje się być punk rock. Z ekranu popłyną największe punkowe szlagiery tych czasów, autorstwa m.in. Dezertera i WC, które w wykonaniu młodych aktorów brzmią zadziwiająco świeżo i aktualnie.

Tłem historii jest wątek inicjacji głównych bohaterów. W uniwersalną opowieść o buncie wpisana jest więc narracja o pierwszej miłości, pierwszym seksie, konflikcie pokoleniowym etc. - zestaw środków właściwych dla każdego "coming-to-age movie".

Wszystko to brzmi znajomo, ale podobne filmy udawały się raczej zachodnim twórcom. W Polsce kino o dorastaniu zatrzymywało się na poziomie sensacyjnej bajki ("Młode wilki"), albo raziło w oczy niewiarygodnym banałem ("To my"). Borcuch, kręcąc "Wszystko co kocham", popisał się nie lada umiejętnością. Zrobił młodzieżowy film o jakości zachodnich produktów, który jest jednocześnie na wskroś polski. Nakręcił obraz, którego nie powstydziłby się sam Richard Linklater.

Wątpliwość mam tylko jedną - czy fabuła nie wybiela zbytnio tej jednej z najczarniejszych kart polskiej historii, jaką był niewątpliwie stan wojenny? W zestawieniu z innymi filmami, których akcja osadzona jest w tym czasie, czy to starszymi ("Śmierć jak kromka chleba" Kutza), czy całkowicie świeżymi ("Dom zły" Smarzowskiego), "Wszystko co kocham" przypomina pogodną bajkę.

Niemniej jednak wolę tę bajkę od martyrologicznych, bogoojczyźnianych koszmarków, zasiedlających nasze rodzime ekrany, cieszących się, niestety, sporą popularnością (film o mały włos wygrał nagrodę publiczności w Gdyni, tuż zanim był hagiograficzny "Popiełuszko"!).

Borcuch przypomina, że obok Wielkiej Historii, przypominanej na co dzień w szkołach, telewizji i kinie, toczyło się zwyczajne życie, chłopcy palili cholewki do dziewcząt, piło się tanie wino, słuchało muzyki z pirackich kopii i fantazjowało o starszych sąsiadkach. Historia toczy się swoim torem, ale pewne rzeczy pozostaną niezmienne. Ufam tedy, że uniwersalizm "Wszystko, co kocham" zapewni mu należyty sukces.

8/10

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: jacek | rock | Borcuch | film | cool

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama