Reklama

Reklama

Cały czas Morgensterna

"Mniejsze zło", reż. Janusz Morgenstern, Polska 2009, Vision Film, premiera kinowa 23 października 2009 roku.

"Mniejszego zła" wyczekiwano z niecierpliwością. Po pierwsze - bo powstało na podstawie głośnej powieści Janusza Andermana "Cały czas", po drugie - jako pierwszej od wielu, wielu lat fabuły twórcy kultowego "Do widzenia, do jutra" i cenionego "Trzeba zabić tę miłość". Czy oczekiwania te spełniło? Nie. Ale nie jest tak źle, jakby się mogło wydawać. Po prostu powstało? "Mniejsze zło".

"Czytałem tę książkę z rosnącą fascynacją, której towarzyszyła irytacja. Janusz Anderman igrał ze mną jak kot z myszą, gdy czekałem na finał. Nie doczekałem się. Może dlatego ta powieść jest tak bardzo współczesna?" - napisał Adam Michnik w swoim eseju poświęconym powieści opublikowanym na łamach "Gazety Wyborczej". Owo finałowe zawieszenie (chociaż film, w odróżnieniu od książki, pomija wątek współczesny) charakteryzuje również film Morgensterna. Podobnie jak towarzysząca w czasie seansu mieszanina fascynacji i irytacji. I to z wielu powodów.

Reklama

Zacznijmy od fascynacji, czy też tego, co może do "Mniejszego zła" przyciągać. Jest to z pewnością sama historia Kamila, studenta polonistyki, któremu marzy się kariera pisarska. W drodze do celu nie cofa się przed niczym: romanse, plagiaty, moralny cynizm. Jednak odnosi się wrażenie, że jego relatywizm, odziedziczony jak się okazuje po ojcu, a w konsekwencji wszystkie złe wybory, wychodzą mu niejako przy okazji. Jako dary od losu: a to w psychiatryku spotyka wariata-pisarza, po śmierci którego podkrada jego powieść; a to przez przypadek trafia do opozycji, zostaje idolem pokolenia jako młody, zbuntowany pisarz. Całe jego życie wydaje się przypadkiem, owym "wąchaniem czasu", jak określi to jego ojciec - były żołnierz AK, partyjniak, który wizerunek Stalina szybko zamieni na obraz Jana Pawła II, jeśli tylko może to przynieść jakieś korzyści. Owa niejednoznaczność decyzji i postaw jest z pewnością, podobnie jak w zeszłorocznej "Rysie" Michała Rosy, jednym z największych atutów. Jednak film w dużej mierze zawdzięcza to literackiemu pierwowzorowi.

Swoją opowieść 87-letni twórca prowadzi niezwykle stylowo, począwszy od czołówki, poprzez spokojne tempo, sceny erotyczne i towarzyszącą całości jazzową muzykę, przywołującą na myśl "Do widzenia, do jutra". Można zastanawiać się, do kogo film jest skierowany: do młodego pokolenia, do pokolenia ich rodziców, do Polaków, do obcokrajowców? Morgenstern wiele rzeczy nie dopowiada, licząc chyba na historyczną świadomość widza. Często jednak wygrywa sceny na obrazkach, dziś już niemal stereotypowych i jednoznacznie kojarzących się z konkretnymi wydarzeniami historycznymi, jak słynne zdjęcie Chrisa Niedenthala z 13 grudnia 1981 roku z czołgiem na pierwszym planie i kinem Moskwa w tle, w którym wyświetlano "Czas Apokalipsy".

"Mniejsze zło" to z pewnością film aktorów drugiego planu, na czele z rewelacyjną rolą Janusza Gajosa jako ojca Kamila. Właściwie kradnie on film, a na pewno sporą jego część. Umiejętnie, z ironią i dystansem, choć niepozbawionym mimo wszystko sympatii, wygrywa postać człowieka, który w gruncie rzeczy pogubił się w trybach historii. W takim towarzystwie blado wypada Anna Romantowska w roli matki - trudno powiedzieć, czy z winy samej aktorki, czy źle napisanej roli. Wojciech Pszoniak nawet z epizodycznej roli potrafił zrobić aktorską perełkę. Z kolei w galerii kolejnych kobiet Kamila zwraca uwagę Edyta Olszówka, która wygrywając swoją postać w tonacji pół żartem, pół serio, wybiła się z tłumu powłóczystych i nieszczęśliwych spojrzeń opuszczonych kochanek. Nawet Leszek Żurek, za którego aktorską bezbarwnością nie przepadam, akurat w roli nijakiego, miotanego przez wydarzenia Kamila sprawdził się całkiem nieźle.

Co w takim razie irytuje? Poczucie niedosytu, poczucie "niedociśniętego pedału". Z podobnymi emocjami wyszłam niedawno z seansu "Świnek" Roberta Glińskiego: problem ciekawy, ale niewykorzystany, który zostaje obudowany wyciętymi jak z szablonu i stereotypowymi pod względem charakterologicznym bohaterami. A tylko od talentu aktorów zależy, czy na bazie przewidywalnych dialogów powstanie coś więcej. Czasem jednak nawet talent nie pomoże. Pomimo wszystko "Mniejsze zło" nie jest filmem nieudanym. Choć w finale pozostawia widza z poczucie nienasycenia, ze świadomością, że tak, jak bohaterowie dzięki swojemu konformizmowi prześlizgiwali się przez zawirowania historii, tak Morgenstern, nie wykorzystując potencjału podejmowanej problematyki, chwilami prześlizguje się po historii swojej.

6/10

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje