Reklama

"Blue Ruin" [recenzja]: Historia zemsty prosto z Kickstartera

"Blue Ruin" to kino, które powinno zaintrygować zarówno wielbicieli filmów artystycznych, jak i gatunkowych. Jeremy Saulnier to nazwisko, które warto zapamiętać.

Młody reżyser, scenarzysta i operator zderza ze sobą dwie, pozornie przeciwstawne wizje kina. Bawi się konwencjami i błyskawicznie wciąga w niecodzienną, surową, lecz nie pozbawioną szczypty humoru opowieść o zemście.

Reklama

Saulnier pracę nad "Blue Ruin" zaczął, ponieważ potrzebował... zajęcia dla siebie i znajomego aktora - Macona Blaira; przede wszystkim materiału, którym udowodniłby ich talent. Zapatrzony w "To nie jest kraj dla starych ludzi" braci Coen, "Paris, Texas" Wima Wendersa i "Złodzieja" Michaela Manna stworzył wizję, którą zaraził producentów "Wendy i Lucy" oraz internautów. Ci ostatni dołożyli się do budżetu przez akcję na Kickstarterze. Efekt? Premiera (i statuetka FIPRESCI) w Cannes w prestiżowej sekcji Directors' Fortnight oraz zaproszenia na festiwale na całym świecie - w tym do Chicago, Deauville, Gijón, Marrakeszu, Tallina i Wrocławia, a także (jak najbardziej uzasadnione) pochlebne recenzje i przyzwoite średnie ocen kinomanów w popularnych serwisach (7,1/10 w Imdb, 3,8/5 w Rotten Tomatoes, 7,6 w MetaCritic). Do tego jeszcze znakomite wyniki w box office - dystrybucja w USA, Wielkiej Brytanii i Francji przyniosła autorom niemal milion dolarów, znacznie przewyższając koszt realizacji.

Zaczyna się od "trzęsienia ziemi", a potem robi się jeszcze ciekawiej. Nie ma blockbusterowych fajerwerków, ale tak gęstą atmosferę udaje się zbudować naprawdę niewielu filmowcom. Nieśpieszna, kameralna akcja w pełni angażuje, a prosta fabuła zaskakuje i zachodzi za skórę. Blair w głównej roli hipnotyzuje i w atut obraca swoją zwyczajną, antyhollywoodzką aparycję. Jego bohater Dwight żyje na marginesie społeczeństwa. Pogrążony w żałobie i samotności trzyma się z dala od wszystkiego i wszystkich. Kolejne ponure godziny, dni i miesiące zabija przesiadując w swoim zdezelowanym samochodzie. Z marazmu wyrywa go informacja o przedterminowym zwolnieniu z więzienia pewnego mordercy. Zaskoczony i rozgoryczony tym faktem "budzi się" i czuje, że musi podjąć działanie. Nabywa broń i wyrusza w drogę. Towarzyszą mu desperacja i lęk. Paradoksalnie, to one dadzą mu największą siłę.

Saulnier rozkłada klasyczne konwencje kina zemsty na czynniki pierwsze i odwraca je do góry nogami, ozdabiając przy okazji elementami filmu drogi. Dwight w niczym nie przypomina typowego twardziela - to poniekąd fajtłapa, zraniony, nieszczęśliwy i zaniedbany przeciętniak. Bardziej niż wendetty, pożąda sprawiedliwości. Działa pod wpływem impulsu i cierpienia, zaprzeczając twierdzeniu, że "zemsta najlepiej smakuje na zimno". On się nią nie rozkoszuje, nie planował jej, zna jej (auto)destruktywną cenę. Ta wendetta nie ma w sobie nic z wyrachowania "Oldboya", ale jest tak samo konsekwentna i - ostatecznie - bezwzględna.

Napięcie i niepewność towarzyszą seansowi "Blue Ruin" do samego końca. Zabawa przemienia się w gorzki traktat, tragedię niemal antyczną, choć zarazem na wskroś współczesną.

7/10


---------------------------------------------------------------------------------------

"Blue Ruin", reż. Jeremy Saulnier, USA 2013, dystrybucja: Gutek Film, premiera kinowa: 22 sierpnia 2014

--------------------------------------------------------------------------------------

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

Chcesz poznać lepiej swoich ulubionych artystów? Poczytaj nasze wywiady, a dowiesz się wielu interesujących rzeczy!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Jeremy Saulnier | ruin

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje