Reklama

"Blue Highway" [recenzja]: Powidoki

"Ameryka nie istnieje" - twierdzi Wojciech Orliński. Znamy ją tylko z opowieści, mitów i filmowych obrazów. Tych ostatnich szukają przemierzający przez Stany Zjednoczone bohaterowie filmu Kyle'a Smitha - Dillon (Dillon Porter) i Kerry (Kerry Bishé).

Najnowszy film Kyle'a Smitha ("Indycze rozgrywki", 2011) ma atmosferę typową dla wielu niezależnych amerykańskich produkcji - ciepłą, nieśpieszną, pozornie pozbawioną napięcia i linii narracyjnej.

Reklama

Smith nie stawia fundamentów dla swojej historii. Chce, byśmy zbudowali je sami i wedle wzoru, jaki pasuje nam najbardziej. Zdaje się, że woli sprawiać wrażenie dokumentalisty, który zapisuje na taśmie filmowej improwizowane dialogi i przypadkowe sytuacje.

Jego bohaterowie wyruszają z Richmond do Kalifornii. Dillon chce zacząć życie od nowa, Kerry towarzyszy mu w ostatniej wspólnej podróży. Ta nosi znamiona rewolucyjnej przygody spod znaku Jacka Kerouaca i ślady amerykańskiego nurtu mumblecore. Twórcy mumble-movies to fascynaci kina drogi i strumienia świadomości - Joe Swanberg, Amy Seimetz czy Kyle Patrick Alvarez - artyści zmuszający swoich bohaterów do rzucania sobie nietypowych wyzwań i poszukiwania nowych przestrzeni do życia.

Dillon i Kerry zadają sobie zagadki. Trudniejsze i te zupełnie łatwe. Naprzemiennie zabierają się w miejsca, w których kręcone były ich ulubione filmy i każą sobie nawzajem wyczuwać, o jaki tytuł chodzi drugiej osobie. Film jest reklamowany jako podróż po filmowej Ameryce, ale ta w istocie pozostaje wyłącznie tłem. Na pierwszym planie rodzi się, dojrzewa i pierwszy kryzys przechodzi historia miłosna. Smith opowiada o niej we fragmentach. W taki sam sposób jak jego bohaterowie cytują sceny z kolejnych filmów ("Ace Ventura: Zew natury", "Zagubieni w Ameryce", "Blue Velvet"). Daje nam wskazówki i zmusza, byśmy resztę dopowiedzieli sobie sami.

Luźna narracja "Blue Highway" nie jest efektem braku reżyserskich umiejętności, ale owocem stylu, w jaki Smith opowiada o meandrach budowania nowego związku. Wiemy przecież, czym owocuje spontaniczny pocałunek między dwojgiem przyjaciół, jak można żartować ze sobą w łóżku, kiedy jest się naprawdę blisko i jak błahe przyczyny potrafią wywołać poważne konflikty. Jak zwykle podróż przez Amerykę jest tylko pretekstem. Czasem przeznaczonym na przemyślenie pewnym spraw, dojrzewanie do podjęcia konkretnych decyzji i uwolnienie się od życia, które nie daje realnej satysfakcji.

"Blue Highway" tylko pozornie nie niesie w sobie ani gatunkowego ani psychologicznego ciężaru. Jego otwarta forma, błahość wymienianych zdań i komediowy styl są jak obrazy migające za oknem samochodu. Niby nic nie znaczą, ale przywołują wspomnienia - obejrzanych filmów, niezapomnianych chwil, rajskich miejsc. Są jak powidoki - pojawiają się przed oczami, gdy je zamykamy; wracają w przypływie nostalgii.

Tęsknot w "Blue Highway" jest chyba najwięcej. Dillon tęskni za czasem spędzonym z dziadkami, światem minionych wartościami oraz życiem, które przyniesie mu radość, nie skłoni do kolejnych ucieczek. Kerry już tęskni za utraconą z nim przyjaźnią i związkiem, który nigdy nie miał szans na przetrwanie. Oboje marzą o odnalezieniu Ameryki ze swoich dziecięcych wspomnień, filmów na kasetach VHS i książek. Czy taka Ameryka naprawdę nie istnieje? Smith nie próbuje odpowiadać na to pytanie. Może i lepiej.

6/10


---------------------------------------------------------------------------------------

"Blue Highway", reż. Kyle Smith, USA, 2013, dystrybutor: GoTo Films, premiera kinowa: 7 marca 2014 roku.

--------------------------------------------------------------------------------------

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Dillon Porter | Kerry Bishé | Blue Highway

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje