Reklama

Zwierzyniec 2008

Opowiedzieć historię Cichociemnych

W polskim kinie chętnie opowiadano o walkach w czasie II wojny światowej. Jednak, aż do teraz, jedna z najciekawszych formacji wojskowych - Cichociemni, była marginalizowana. Fabularyzowany dokument Pawła Kędzierskiego "My, Cichociemni" przybliża widzom losy polskich skoczków i ich heroicznej historii.

Film został zaprezentowany w ramach cyklu "W polskim obiektywie" w czasie Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu. Po projekcji reżyser spotkał się z publicznością w kinie "Skarb".

Reklama

Kędzierski oparł się na rozmowach z żyjącymi jeszcze członkami formacji Cichociemnych, narrację budując na ich osobistych historiach.

"Nie muszę opowiadać o wszystkich Cichociemnych. Na przykładzie pięciu osób też mogę opowiedzieć ich historię. Nie chodziło mi też tylko o formację Cichociemnych - chciałem pokazać losy Polaka w czasie wojny" - mówił reżyser.

"Cichociemni, używając terminologii sportowej, przegrywali z Niemcami dwa - zero. Raz przegrali we wrześniu, drugi raz we Francji. Oni nie chcieli więcej przegrywać. Chcieli wreszcie dokopać tym szwabom. Chcieli zrobić coś, żeby do Polski wrócić. To było takie pokolenie, które szło na ochotnika" - opisywał swoich bohaterów.

Kędzierski od dawna nosił się z pomysłem realizacji projektu dotyczącego polskich skoczków. Pomysł zrodził się gdy pracował przy filmie "Powstanie zwykłych ludzi" opowiadającym o losach uczestników powstania w Warszawie. Do Cichociemnych chciał podejść bez historycznego zadęcia.

"Nie chciałem opowiadać historii bohaterskiej. Chciałem opowiedzieć o drobiazgach, szczegółach, uczuciach. Taką historię nie-heroiczną. Ale w efekcie powstała historia wspaniałych ludzi, zbudowanych z kruszcu, który im pozwolił przeżyć tamte czasy. Nie tylko wojny, ale i stalinizmu" - tłumaczył swoje podejście Kędzierski.

Dokument "My, Cichociemni" ma formę rozmów z członkami formacji, przeplatanymi fabularyzowanymi inscenizacjami opisywanych wydarzeń. Reżyser spytany o powody wyboru takiej formy narracji odparł:

"Zaczęliśmy od tego, że nagraliśmy relacje tych ludzi. Było ich bardzo dużo. Można było wybrać wtedy te najlepsze i ułożyć w opowieść, na tej zasadzie, że ktoś coś mówił, ktoś podłapywał wątek, kontynuował. Wtedy powstaje taka samoopowiadająca się historia. Ale równocześnie tworzy się konwencja gadających głów. Nie ma w niej nic złego, moim zdaniem, ale w epoce obrazkowej, telewizyjnej trzeba czegoś innego. Fabularyzacje dodałem niczym ilustracje do drukowanej książki. Chodziło mi też o zestawienie twarzy starego człowieka z twarzą kogoś młodego. To tworzy napięcie między fazami czasu i napędza opowiadanie".

W filmie pojawia się wiele danych dotyczących liczby poległych, ilości zrzutów Nadaje to filmowi aspekt edukacyjny. Wielu widzów to drażni. Kędzierski opowiadał skąd takie dydaktyczne wątki pojawiły się w jego dokumencie.

"Ważną rolę w realizacji filmu odegrała Fundacja Armii Krajowej. Była inspiratorką projektu i koproducentem. Ale z tego wynikała pewna zależność. Nie chciałem robić filmu oświatowego, podawać wszystkich tych danych. Chciałem mówić tylko o tych Cichociemnych, których poznałem . Chciałem, żeby to oni opowiadali o sobie. Ale Fundacja domagała się oświatowości, żeby film był o wszystkich członkach tej formacji. Stąd tam są te liczby, dane" - tłumaczył.

W pewnym momencie z sali padło pytanie, o to czy reżyser nie obawiał się, że jego bohaterowie nie mówią prawdy, że nie pamiętają lub przeinaczają fakty.

"Ja się zdaję na tych ludzi, na ich pamięć. Nawet jeśli coś przekręcili to ja to biorę z dobrodziejstwem historii. Oni tak to zapamiętali. To jest taka pamięć mówiona. Ja nie jestem od tego, żeby to weryfikować, ja chcę przekazać prawdę emocjonalną" - odpowiedział.

"Ja chcę powiedzieć pewną prawdę. To jest mój obowiązek. Co z tym zrobi odbiorca - to już jego wybór" - powiedział na koniec Paweł Kędzierski.

Bartosz Stoczkowski, Zwierzyniec

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: My, Cichociemni | Paweł Kędzierski | wojny | losy | film | Cichociemni