Reklama

Ucho Prezesa

Reklama

Robert Górski: Wystarczy włączyć telewizor i pomysły przychodzą same

- Nie znoszę jubileuszy - przyznaje lider Kabaretu Moralnego Niepokoju, który bawi nas już od 20 lat. Robert Górski opowiada o swoich inspiracjach i serialu "Ucho Prezesa".

"Wolę pozycję obserwatora przysłuchującego się z uwagą temu, co mówią inni" - mówi Robert Górski

Nie wiem, jak powinnam się do pana zwracać - panie prezesie, panie premierze?

- Jeszcze można panie kioskarzu, bo trochę przesiedziałem wewnątrz kiosku (śmiech), ale rzeczywiście prezes jest ostatnio najbardziej popularnym określeniem. Dużo osób tak właśnie się do mnie zwraca i to już od pierwszego dnia emisji "Ucha Prezesa". Zainteresowanie tą produkcją przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania. Miałem świadomość, że jestem popularny, jednak nie sądziłem, że aż tak.

Polityką zajął się pan z potrzeby, konieczności czy może z chęci oswojenia sytuacji?

Reklama

- Przede wszystkim dla przyjemności, ale też z potrzeby poskromienia tych strasznych tematów, bo polityka zrobiła się w mojej ocenie okrutna i brutalna. Postanowiłem nieco rozładować to napięcie. Poza tym miałem już wprawę po "posiedzeniach rządu", więc pomyślałem sobie, by zająć się teraz drugą stroną barykady. Znaczenie miała też forma produkcji "Ucha Prezesa", czyli emisja w internecie, co również wpłynęło na popularność tego serialu.

"Ucho..." ma rzeszę fanów, którzy z niecierpliwością czekają na drugi sezon. Zdradzi pan termin?

- Nowy sezon pojawi się we wrześniu. Tak jak w pierwszej transzy, będzie to 10 odcinków ogólnodostępnych w internecie plus dwa specjalne emitowane w obiegu zamkniętym na platformie Showmax. Inspiracji raczej nie zabraknie. Na pewno. Ciągle się coś dzieje. Wystarczy włączyć telewizor i pomysły przychodzą same - ja je tylko spisuję. (śmiech)

Co jeszcze, poza polityką, jest dla pana źródłem pomysłów na nowe skecze?

- Na co dzień czerpię z absurdów życia codziennego, relacji rodzinnych i towarzyskich. Tak jak w naszym programie "Jerzyk dzisiaj nie pije". Pomysł tego skeczu narodził się podczas jednego z takich spotkań, na którym obserwowałem wujka, któremu żona zabroniła pić alkohol. Patrzyłem na niego ze współczuciem i nadzieją, że w końcu się zbuntuje.

Jest pan frontmanem najpopularniejszej grupy satyryków - Kabaretu Moralnego Niepokoju. Prywatnie także sypie pan żartami, czy woli rolę milczącego obserwatora?

- Bywa i tak, i tak. Dopada mnie melancholia i stany depresyjne, ale niezbyt często. Najczęściej uśmiecham się do ludzi, oni rewanżują mi się tym samym. Natomiast jeśli jestem w nowym towarzystwie, wolę pozycję obserwatora przysłuchującego się z uwagą temu, co mówią inni. Choć często się zdarza, że oczekują ode mnie, bym powiedział coś zabawnego, choćby kawał.

Irytuje to pana?

- Niekiedy tak, choć rozumiem, że jest to niejako naturalne. Mam jednak coraz większy kłopot z tym, by po występie pójść gdzieś w miasto i odreagować. Zazwyczaj dostajemy, ja i moi koledzy, dużo propozycji wspólnego wypicia czegoś mocniejszego oraz pytań o to, jak powstał nasz kabaret. Niestety, najczęściej proszą nas o to faceci... (śmiech)

Kabaret Moralnego Niepokoju powstał 20 lat temu, w 1997 roku. Szykujecie jakiś huczny jubileusz?

- Nie, ponieważ nie znoszę jubileuszy i nie lubię robić zdjęć - na wszystkich jestem młodszy niż obecnie, co mnie trochę irytuje. A poza tym rocznica to jest okazja do tego, by źle wypaść. Na takiej imprezie należy zaprezentować największe przeboje z lat minionych, a nigdy nie zrobi się dobrze skeczu, który przestało się grać dawno temu. Wówczas wszyscy sobie pomyślą: - Jezu, co to za uroczystość, skoro to takie słabe. (śmiech) (...)

Rozmawiała Joanna Bogiel-Jażdżyk

Tele Tydzień

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje