Reklama

Sprawa Polańskiego

Agnieszka Holland o Romanie Polańskim: Lubimy upraszczać i potępiać

Reżyserka Agnieszka Holland w rozmowie z youtuberem Karolem Paciorkiem podzieliła się swoimi spostrzeżeniami dotyczącymi oskarżeń o molestowanie seksualne pod adresem Romana Polańskiego. "Sprawa Polańskiego była znana wcześniej. Teraz wyciąganie jej jest jakieś nieludzkie" - przyznała reżyserka.

Agnieszka Holland i Roman Polański w 1990 roku na festiwalu w Cannes

Agnieszka Holland była gościem youtubera Karola Paciorka w związku z premierą swego najnowszego filmu "Szarlatan". Gospodarz kanału Imponderabilia postanowił zapytać reżyserkę o jej stosunek do ruchu MeToo w kontekście afery z Romanem Polańskim.

Reklama

"Jest kilka wątków w tej sprawie. To, co zrobił, jest czynem wysoce potępianym. Można znaleźć jakieś wytłumaczenia tego, co było później. Tego, że uciekł z USA, ponieważ amerykański system sprawiedliwości nie gwarantuje sprawiedliwego wyroku, a w jego wypadku stało się oczywiste, że została naruszona umowa. W ogóle system umów dla nas Europejczyków jest niezrozumiały. Prawnie jest to bardzo skomplikowana sprawa. Niemniej w Polsce odbył się proces, który badał to, czy istnieją możliwości ekstradycji, czy on jest człowiekiem legalnym, czy nielegalnym, i niezależny sąd uznał, że jest on człowiekiem legalnym, że niejako ta jego wina tam została już niejako osądzona i ukarana. To są skomplikowane problemy prawne" - mówiła Holland.

Reżyserka zwróciła też uwagę na obyczajowe zmiany, jakie zaszły w ciągu ostatnich lat. Podkreśliła także, że jest zwolenniczką instytucji przedawnienia.

"Drugim problemem jest ogromna zmiana obyczajowa, która nastąpiła. W konsekwencji MeToo nastąpiło ogromne samouświadomienie kobiet, potrzeba rewanżu za to, kiedy te prawa kobiet nie były respektowane, również właśnie w niektórych środowiskach, jak filmowe i celebryckie. Tutaj te emocje są tak silne, że sprawa, która się przedawniła, kiedy był człowiek o wiele młodszym, zupełnie innym, nie miał żony, dzieci, no po prostu był inny, wróciła. Instytucja przedawnienia jest czymś humanitarnym i jestem jej wielką zwolenniczką, z wyjątkiem jakichś takich zbrodni, których nie można" - kontynuowała Holland.

Artystka zwraca uwagę na skomplikowany charakter całej sprawy, czuje jednak, że Polański stał się kozłem ofiarnym ruchu MeToo.

"Trudno walczyć z takim ogromnym trendem, ruchem społecznym, bo to jest bezcelowe. Czy Roman znalazł jakieś słowa, które by to rozbroiły? Widocznie nie, ale czy dano mu taką szansę prawdziwej wypowiedzi? Czy chciano go wysłuchać? Też nie. Wypłynęły jakieś nowe oskarżenia, jakichś innych kobiet, też sprzed wielu lat. Czy one są wiarygodne? On twierdzi, że nie. Zasada jest taka, że raczej się powinno wysłuchać, co mówi potencjalna ofiara i założyć, że ona mówi prawdę, tak jest w przypadku ofiar pedofilii. To jest strasznie skomplikowana sprawa, ale nie zmienia to faktu, że Roman Polański stał się kozłem ofiarnym tego wszystkiego. Na niego zlała się ta cała agresja i to często idąca od ludzi, którzy go podziwiali i grzali się w cieple jego obecności" - mówiła Holland.

Swoją wypowiedź zakończyła próbą zrozumienia niechlubnego zachowania Polańskiego.

"Sprawa Polańskiego była znana wcześniej. Teraz wyciąganie jej jest jakieś nieludzkie. Znam Polańskiego, lubię go, cenię go bardzo jako reżysera i kolegę, bo był zawsze dobrym kolegą, pomagał mi, jak się znalazłam w Paryżu. Mam do niego osobistą, głęboką sympatię, jednocześnie nie znaczy to, że podoba mi się to, co zrobił. W ogóle mi się to nie podoba, ale też wiem, bo mam swoje lata, jak wyglądała scena erotyczna i stosunki damsko-męskie w tamtych czasach. A wyglądały zupełnie inaczej. Teraz patrzy się ahistorycznie. Lubimy upraszczać, lubimy potępiać - spuentowała swój wywód Holland.

O hipokryzji środowiska filmowego w kontekście sprawy Polańskiego Holland mówiła już w lutym z okazji światowej premiery filmu "Szarlatan" na festiwalu w Berlinie.

Roman Polański oskarżony jest o gwałt na 13-letniej wówczas Samancie Gailey (obecnie Geimer) do którego miało dojść w 1977 roku w czasie imprezy w domu aktora Jacka Nicholsona.

Podczas pierwszego procesu reżyser przyznał się do seksu z nieletnią, po tym jak w ramach nieformalnej ugody prokuratura obiecała mu rezygnację z innych zarzutów (Polański miał być również oskarżony o podanie Gailey alkoholu i środków usypiających). Spędził 42 dni w areszcie, skąd został warunkowo zwolniony.

Nie czekając jednak na wyrok, opuścił w 1978 roku USA, obawiając się - jak twierdził - że sędzia nie dotrzyma warunków ugody. Sprawa ciągnie się za nim do dzisiaj - Polański oficjalnie nie może przylecieć do Stanów bez konieczności stawienia się przed sądem.

Samantha Geimer to niejedyna kobieta, która oskarżyła Polańskiego o molestowanie seksualne.

W 2010 roku brytyjska aktora Charlotte Lewis również oskarżyła polskiego twórcę o to, że zmusił ją do seksu, gdy miała 16 lat.  W sierpniu 2017 prokurator Gloria Allred przedstawiła kobietę nazwaną "Robin M", która wysunęła wobec reżysera zarzuty o seksualne wykorzystanie. Polański miał odbyć z nią stosunek w 1973 roku. W tym samym roku była niemiecka aktorka Renate Langer  poinformowała szwajcarską policję, że reżyser zgwałcił ją, kiedy miała 15 lat.

W 2019 liczba ofiar Polańskiego powiększyła się o byłą modelkę Valentine Monnier, która twierdzi, że polski reżyser zgwałcił ją ponad 40 lat temu w alpejskim kurorcie Gstaad w Szwajcarii.

Geimer wielokrotnie oświadczała, że przebaczyła Polańskiemu i w 2008 r., bezskutecznie, wystąpiła do sądu o umorzenie sprawy, aby "zaoszczędzić dalszych cierpień jej i rodzinie".

Polański kilkakrotnie próbował doprowadzić do zakończenia procesu bez konieczności osobistego stawiennictwa w sądzie. Żadna z dotychczasowych prób nie powiodła się. 

Roman Polański mieszka i tworzy obecnie we Francji i w Szwajcarii, często odwiedza również Polskę. Zarówno Szwajcaria, jak i Polska odrzuciły amerykańskie wnioski o ekstradycję reżysera do USA. Francja nie ma umowy o ekstradycji z USA.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Roman Polański | Agnieszka Holland